1. Nie ma lepszego zespołu metalowego.
W ciągu prawie 30 lat działalności Slayer nie splamił się jeszcze słabą płytą, a nawet chwilowa zniżka formy oznacza, że Amerykanie i tak jednym riffem niszczą potencjalną konkurencję. Na dodatek możemy być pewni, że wariacje na temat tego riffu usłyszymy niebawem na krążkach większości death-, black- i thrashmetalowych kapel. Slayer to również zero kompromisów – słyszeliście kiedyś balladę w ich wykonaniu? Rzekome nu-metalowe wstawki na “Diabolus in Musica”? – Bzdury wymyślone przez upalonych pismaków szukających taniej sensacji. To jeszcze nie koniec wyliczanki – pokażcie mi lepszy duet metalowych gitarzystów niż King/Hanneman. Tipton/Downing? Pewnie puściliście już w niepamięć dotkliwy ból tyłka po przesłuchaniu “Nostradamusa”. Hammett/Hetfield? “St. Anger” i Pro-Tools anyone? Prawda jest taka, że mało co deklasuje slayerowskie eskapady po skali chromatycznej i bezlitosne eksploatowanie wajchy. Może nie noszą już odwróconych krzyży i pieszczoch naszpikowanych 9-calowymi gwoździami, ale jeżeli chodzi o muzykę, to nie ma z nimi żartów.
2. Cała zgraja seryjnych morderców
Wiadomo – jak metal, to krew, śmierć i szatan. Im więcej, tym lepiej. Lista gości na nowej płycie Slayer zrobi wrażenie nawet na tych, którym nieobca jest nazwa Macabre. W rolach głównych Andriej Czikatiło i Elżbieta Batory, a na deser fikcyjne opowiastki o kolesiu, który kręci filmy snuff i pewnym specyficznym seryjnym mordercy. “Introduce you to my own morbid charm, and fist-fuck you with your own severed arms” – słodkie, prawda?
3. Hanneman znów komponuje
Niby nic specjalnego, ale King zmęczył się trochę na wysokości “Christ Illusion”, więc możemy tylko dziękować Rogatemu, że tym razem dał więcej przestrzeni blondasowi. Dla nas może to oznaczać więcej punkowych zagrywek, hardcorowej rytmiki i dźwiękowego chamstwa. W końcu to właśnie spod jego ręki wyszły takie klasyki, jak choćby “War Ensemble”, “Raining Blood”, czy “Angel of Death”. “Piszę lepsze kawałki, kiedy jestem szczęśliwy” – powiedział ostatnio Hanneman. Teoretycznie nie ma zbyt wielu powodów, żeby chodzić z bananem na twarzy, ale niech mu będzie.
4. Szczypta “Reign in Blood”, odrobina “Seasons in the Abyss”
Tak według “Decibela” brzmi nowy Slayer. OK, słyszeliśmy to samo przy okazji premiery “Christ Illusion”, ale ile razy można się w ten sposób pomylić? Poza tym, psia mać, nie ma lepszej płyty z muzyką metalową niż “Reign in Blood” i pewnie już nie będzie. Muszą więc być solidne powody ku temu, by dziennikarze “Decibela” stawiali ten krążek tuż obok absolutu.
5. Bo tak.
“World Painted Blood” ma trafić do sklepów jeszcze tego lata i będzie to największe wydarzenie dla fanów metalu w tym roku. W przeciwnym wypadku 6 czerwca w Stanach obchodziliby National Metallica Day. Pamiętajcie: gdyby Thomas Jefferson żył w dzisiejszych czasach, na pewno słuchałby Slayera.
p.s. wzorem Bartka Chacińskiego dodam sobie przy tytule “World Painted Blood” słowo “rapidshare”, a co

))