Dlaczego nikt w tym roku nie pobije Slayera?

•lipiec 7, 2009 • Skomentuj

1. Nie ma lepszego zespołu metalowego.
W ciągu prawie 30 lat działalności Slayer nie splamił się jeszcze słabą płytą, a nawet chwilowa zniżka formy oznacza, że Amerykanie i tak jednym riffem niszczą potencjalną konkurencję. Na dodatek możemy być pewni, że wariacje na temat tego riffu usłyszymy niebawem na krążkach większości death-, black- i thrashmetalowych kapel. Slayer to również zero kompromisów – słyszeliście kiedyś balladę w ich wykonaniu? Rzekome nu-metalowe wstawki na “Diabolus in Musica”? – Bzdury wymyślone przez upalonych pismaków szukających taniej sensacji. To jeszcze nie koniec wyliczanki – pokażcie mi lepszy duet metalowych gitarzystów niż King/Hanneman. Tipton/Downing? Pewnie puściliście już w niepamięć dotkliwy ból tyłka po przesłuchaniu “Nostradamusa”. Hammett/Hetfield? “St. Anger” i Pro-Tools anyone? Prawda jest taka, że mało co deklasuje slayerowskie eskapady po skali chromatycznej i bezlitosne eksploatowanie wajchy. Może nie noszą już odwróconych krzyży i pieszczoch naszpikowanych 9-calowymi gwoździami, ale jeżeli chodzi o muzykę, to nie ma z nimi żartów.

2. Cała zgraja seryjnych morderców
Wiadomo – jak metal, to krew, śmierć i szatan. Im więcej, tym lepiej. Lista gości na nowej płycie Slayer zrobi wrażenie nawet na tych, którym nieobca jest nazwa Macabre. W rolach głównych Andriej Czikatiło i Elżbieta Batory, a na deser fikcyjne opowiastki o kolesiu, który kręci filmy snuff i pewnym specyficznym seryjnym mordercy. “Introduce you to my own morbid charm, and fist-fuck you with your own severed arms” – słodkie, prawda?

3. Hanneman znów komponuje
Niby nic specjalnego, ale King zmęczył się trochę na wysokości “Christ Illusion”, więc możemy tylko dziękować Rogatemu, że tym razem dał więcej przestrzeni blondasowi. Dla nas może to oznaczać więcej punkowych zagrywek, hardcorowej rytmiki i dźwiękowego chamstwa. W końcu to właśnie spod jego ręki wyszły takie klasyki, jak choćby “War Ensemble”, “Raining Blood”, czy “Angel of Death”. “Piszę lepsze kawałki, kiedy jestem szczęśliwy” – powiedział ostatnio Hanneman. Teoretycznie nie ma zbyt wielu powodów, żeby chodzić z bananem na twarzy, ale niech mu będzie.

4. Szczypta “Reign in Blood”, odrobina “Seasons in the Abyss”
Tak według “Decibela” brzmi nowy Slayer. OK, słyszeliśmy to samo przy okazji premiery “Christ Illusion”, ale ile razy można się w ten sposób pomylić? Poza tym, psia mać, nie ma lepszej płyty z muzyką metalową niż “Reign in Blood” i pewnie już nie będzie. Muszą więc być solidne powody ku temu, by dziennikarze “Decibela” stawiali ten krążek tuż obok absolutu.

5. Bo tak.
“World Painted Blood” ma trafić do sklepów jeszcze tego lata i będzie to największe wydarzenie dla fanów metalu w tym roku. W przeciwnym wypadku 6 czerwca w Stanach obchodziliby National Metallica Day. Pamiętajcie: gdyby Thomas Jefferson żył w dzisiejszych czasach, na pewno słuchałby Slayera.

p.s. wzorem Bartka Chacińskiego dodam sobie przy tytule “World Painted Blood” słowo “rapidshare”, a co ;-)

Rock’n'roll revival

•lipiec 2, 2009 • Skomentuj

The Nitwitz – “Sex, Lies and Duct Tape”

Jeżeli nazwa The Nitwitz nic wam nie mówi, to niewielką podpowiedzią powinien być wydany w 1998 roku winylowy split z Hellacopters, uroczo zatytułowany “Rock & Roll Jihad”. Podobnie jak w przypadku nieodżałowanych Szwedów, tutaj też mamy do czynienia z beztroskim i cholernie przebojowym rock’n'rollem głęboko zakorzenionym w chlubnej tradycji MC5. The Nitwitz powstali pod koniec lat 70., u szczytu popularności punk rocka, ale album “Sex, Lies and Duct Tape” został nagrany 27 lat później, gdy holenderscy muzycy mogli już się pochwalić pokaźnymi brzuchami, kilkoma siwymi włosami i niezwykłym jak na zespół grający taką muzykę stażem. To podręcznikowy przykład zastosowania słynnej zasady “trzy akordy, darcie mordy” w piosenkowej formule. Na dodatek jest się z czego pośmiać – takie tytuły, jak choćby “Totalitarian Rock’n'Roll” i “The Ballad Of Benito Gasollini” mówią same za siebie. The Nitwitz nie mieli jednak szczęścia, na jakie zasługiwali, a może po prostu nie zabiegali o sławę. To, że ktokolwiek jeszcze o nich pamięta jest przede wszystkim zasługą Nickego Anderssona, który z muzykami The Nitwitz przez jakiś czas grał w grupie The Hydromatics.

The Hydromatics – “Parts Unknown”

Początkowo miała to być tylko niewinna zabawa w coverowanie Sonic’s Rendezvous Band. Skończyło się na kilku świetnych krążkach z paroma premierowymi kawałkami. Bardzo rock’n'rollowymi i w wielkim stylu odwołującymi się do klasyki. Za perkusją zasiadł Nicke Andersson, a przez zespół przewinęły się jeszcze takie osobistości, jak choćby Scott Morgan (wokal, gitara, Sonic’s Rendezvous Band), Tony Leeuwenburgh (gitara, The Nitwitz), Theo Brouwer (bas, The Nitwitz) i Kent Steedman (gitara). Dlaczego akurat “Parts Unknown”? Bo to rewelacyjny debiut, kipiący od energii, z utrzymaniem której Hydromatics miewali problemy na późniejszych krążkach. No i powstał zaledwie po trzech klubowych koncertach, a brzmi jakby nagrał go zespół z kilkunastoletnim stażem. Pomiędzy nawałnicami gangsterskich riffów i wyjątkowo chwytliwych refrenów znalazło się nawet miejsce na… partie saksofonu, co można potraktować jako zapowiedź późniejszej fascynacji Anderssona soulem i r’n'b, którą obecnie kultywuje w The Solution.

Dollhouse – “The Royal Rendez-Vous”

“In my opinion one of the best live bands on the planet today. You often hear about bands sounding like The Stooges/MC5 (funny ’cause The Stooges never really sounded like the MC5 did they?) but here’s a band that actually sounds a bit like both. Soul/R&B drenched high energy rock & roll to the max”. To słowa głównego bohatera dzisiejszego wieczoru, który w ten nieskromny sposób chwali swoje dzieło. Ale żeby uciszyć złośliwców – Andersson nie zagrał na tej płycie, tylko odpowiada za jej produkcję. Ma skurczybyk nosa, trzeba mu przyznać, choć ze stwierdzeniem, że Dollhouse brzmią jednocześnie jak Stooges i MC5 można polemizować. Nie zdecydował się na to Michael Davis (Motor City Five), który beztrosko stwierdził, że Dollhouse brzmią tak, jak “MC5 zawsze chcieli, ale nie udało im się, bo nie dotarastali w latach 90. w Szwecji”. Dollhouse na pewno powinni otrzymać nagrodę za największą liczbę płyt ze słowem “rock” w tytule. Ciekawostka – promujący kolejny krążek kawałek “Oh My Love” został wybrany piosenką dnia na stronie internetowej “Classic Rocka”. A oni rzadko się mylą.

Miało być o Michaelu Jacksonie…

•czerwiec 30, 2009 • Skomentuj

…ale tak naprawdę wszystko już na ten temat zostało powiedziane i napisane. Wraz z nim odszedł kawał historii muzyki popowej i smutne wypowiedzi osób (na szczęście nielicznych), które chcą zaistnieć za sprawą kontrowersyjnych opinii nic w tej kwestii nie zmienią. Bycie fanem Michaela Jacksona ostatnio nie było w dobrym tonie. Przede wszystkim z powodu domniemanych skandali, którymi media zapewniały sobie oglądalność. No i te wszystkie plotki – że odpadł mu nos, i że jest w gigantycznych długach. Pewnie część z nich miała w sobie jakiś pierwiastek prawdy, ale nie pod tym kątem powinniśmy oceniać jego osobę.

Michael Jackson był gwiazdą podobnego formatu co Elvis Presley i pewnie nieprędko doczekamy się kolejnej, która mogłaby się z nimi zmierzyć. Miał swoje wzloty i upadki, ale to jemu (i Quincy’emu Jonesowi) zawdzięczamy ostatnią wielką rewolucję w muzyce popowej. To przede wszystkim genialny “Thriller” – płyta, w przypadku której wyniki sprzedaży mogą się równać z zawartością. – To, że mogliśmy ze sobą pracować było z pewnością dziełem Opatrzności Bożej. Do dziś jego muzyka grana jest w każdym zakątku świata, ponieważ on miał wszystko: talent wdzięk i profesjonalizm. Straciłem mojego młodszego brata i dziś odeszła z nim część mojej duszy – powiedział Quincy Jones. Nie ściemnia – takie kawałki jak “Billie Jean” czy “Thriller” znają miliony ludzi na całym świecie i pewnie za kilkadziesiąt lat wciąż będą grane w stacjach radiowych odbieranych pod każdą szerokością geograficzną.

Poza tym sezon festiwalowy w pełni – już za moment Faith No More na Open’erze, Radiohead w Poznaniu i pierwszy od dawna fajny festiwal metalowy w Krakowie. Z racji planów urlopowych najbardziej interesuje mnie ta ostatnia impreza. Co prawda większość gwiazd pierwszej edycji Knock Out już widziałem, ale z ciekawością obejrzę Cynic i Voivod. Odtwarzacza nie opuszczają nowy Asphyx i debiut Spinnerette. Drażni medialna nagonka na Nergala – pozytywy tej niezdrowej fascynacji można policzyć na palcach jednej ręki, przy czym nowy album Behemoth na pewno uplasuje się w czołówce listy OLiS-u.

Dwa dni z łomotem

•czerwiec 24, 2009 • Komentarzy: 8

Na pierwszy ogień poszedł Down, w dodatku w moim rodzinnym mieście. Zespół, do którego nie miałem wcześniej szczęścia (ominął mnie ubiegłoroczny koncert w Warszawie), a który nie splamił się jeszcze słabym krążkiem (w takim składzie jest to raczej niemożliwe). W grę wchodziły też osobiste sentymenty – chyba mam jeszcze gdzieś bilet na katowicki koncert w ramach trasy Tattoo The Planet z 2001 roku. Zapowiadany wówczas skład był imponujący, przy czym główne skrzypce mieli grać Slayer i Pantera. Pech jednak chciał, że akurat we wrześniu dwa samoloty wbiły się w wieże World Trade Center, co z kolei miało również wpływ na to, że muzycy postanowili nie opuszczać Stanów Zjednoczonych. Jakiś czas później Dimebag został zastrzelony i… na tym skończyły się moje marzenia o zobaczeniu Pantery na żywo. Występ Down był więc dla mnie jakąś namiastką tego koncertu.

Kilkanaście miesięcy wcześniej miałem okazję porozmawiać z Reksem Brownem i nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że o chęci zagrania w Polsce wypowiadał się w taki sam sposób jak większość zagranicznych artystów. Czas pokazał, że albo wiedział co mówi, albo rzeczywistość sprawiła, że jego słowa okazały się prawdziwe. Przyjęcie, jakie zgotowano muzykom w Krakowie, było rewelacyjne. Sam występ też można zaliczyć do bardzo udanych – były wyczekiwane przeze mnie “Stone The Crow”, “On March The Saints” i “Bury Me In Smoke”. Był hołd dla Led Zeppelin i słynne “napierdalać!!!”, które Amerykanie źle zrozumieli w stolicy. W poniedziałek na szczęście jakiś życzliwy człowiek wytłumaczył zdziwionemu Philowi, co ten zwrot oznacza :-) ))

Wyjazd na Nine Inch Nails do Poznania przypłaciłem poważnym zmęczeniem materiału i pokaźnym deficytem snu – Kraków pożegnałem już o 6 rano we wtorek, przy czym decyzja o podróży PKS-em o dziwo okazała się świetnym wyborem, za co raz jeszcze muszę podziękować Jarkowi :-) Miejsce na koncert rewelacyjne, choć tym, którzy zdecydowali się na tańszą opcję, szczerze współczuję. Pomysł podzielenia terenu Targów na dwie części ciężko zaliczyć do trafionych. Na rozgrzewkę organizatorzy wypuścili NRD-owską wersję Reznora, czyli Aleca Empire. I o ile bardzo lubię Atari Teenage Riot i wybrane płyty z jego solowej dyskografii, o tyle na żywo nie wypadł przekonująco. Oczywiście, niewdzięczne zadanie supportowania NIN spokojnie można porównać z tym, co grozi kapelom otwierającym koncerty Slayera, ale spodziewałem się czegoś więcej niż rubasznego techno z remizy i opowieści o dziadku zabitym przez nazistów.

Nie należę do wielkich fanów NIN, ale “The Downward Spiral” zajmuje na mojej półce z płytami honorową pozycję. Wszystko przez to, że lata temu, pacholęciem jeszcze będąc (na wysokości premiery wspomnianej płyty), dałem się wyprać dziennikarzom “Roling Stone’a” i od tej pory poczynania Reznora śledzę z dużym zainteresowaniem. Na pierwszym (i ostatnim?) koncercie w Polsce nie zabrakło kawałków z tego albumu – były m.in. “March Of The Pigs”, “Mr. Self Destruct” i najbardziej przeze mnie wyczekiwany “Hurt”. Oprawa sceniczna była zaledwie namiastką tej z trasy Lights In The Sky, ale i tak zrobiła ogromne wrażenie, podobnie jak brzmienie, które było rewelacyjne. Oczywiście można mieć zastrzeżenia zarówno do kilku pozycji z setlisty (przeklęte “Ghosts” i brak “Closer”) i pewnej oczystiwej wtopy (”It was a remixed version!”), ale takie momenty, jak choćby “I’m Afraid Of Americans” czy wspomniane “Hurt” i “Wish”, w pełni to zrekompensowały. Kto nie widział, ten przegrał życie.

Dżej, wielkie dzięki! Najlepszego!

Kup pastę, płytę dostaniesz za darmo!

•czerwiec 16, 2009 • Skomentuj

Najnowszy singel Tatiany Okupnik “Maximum” będzie można otrzymać przy zakupie pasty do zębów. Wokalistka znana z grupy Blue Cafe oraz prowadzenia programu “Gwiazdy tańczą na lodzie” od jakiegoś czasu jest twarzą wybielającej pasty do zębów. Pasta do zębów wraz z singlem “Maximum” będzie kosztowała ok. 18 zł. – Nie wiem, czy to jest ujma? To była część kontraktu. Ja go nie negocjowałam, nie byłam wtedy menedżerką Tatiany – tłumaczy Julita Janicka – czytamy w serwisie Muzyka.onet.pl. To tak na wszelki wypadek, gdyby optymiści wierzący w dobrą kondycję polskiej muzyki popularnej mieli jeszcze jakieś zastrzeżenia do tych nieustannie narzekających. Wiem, że Doda reklamowała prezerwatywy i, nomen omen, lody. Te ostatnie przytrafiły się także Maryli Rodowicz. Michał Wiśniewski zachęcał do kupna ubezpieczeń, na wypadek gdyby ktoś przegrał z nim za dużo w pokera. Karty nie są też obce Liroyowi, a o zęby mało kto dba tak jak Natalia Kukulska. Tyle, że chyba nikt jeszcze u nas nie posunął się tak daleko jak specjaliści z otoczenia pani Okupnik. Otóż, drodzy państwo od marketingu i promocji, właśnie podpisaliście na siebie i swoją klientkę wyrok w zamian za kilka złamanych groszy. Co innego bowiem dodawać sensowne gadżety do zakupionej płyty, a co innego płytę do produktu, delikatnie mówiąc, gówno mającego wspólnego z muzyką. Jeszcze inną sprawą jest reklamowanie przedmiotów użytku codziennego, nie mieszając ich z podstawową działalnością gwiazdy.

Sam czasami nie pogardzę “wkładkami” do gazet, zwłaszcza jeżeli są tak fajne, jak np. seria dokumentów na DVD dołączanych do “Przekroju”, filmy z “Machiny” czy “Gotowe na wszystko” w jakimś śmiesznym czasopiśmie. Nie chciałbym jednak słuchać piosenki pani Tatiany podczas mycia zębów. Z kilku powodów. Najważniejszy jest oczywiście taki, że szczotkując szczękę mało co słyszę. Poza tym nie jestem za tym, żeby kojarzyć muzykę z tą czynnością, czy w ogóle czynnościami, jakie zwykło się wykonywać regularnie w łazience. Wszyscy wiemy, że na pieniądze ze sprzedaży płyt nie ma co liczyć, a ostatni jak dotąd solowy krążek byłej wokalistki Blue Cafe nie zrobił u nas oszałamiającej kariery (ok, złota płyta została przyznana, ale wszyscy wiemy za ile sprzedanych egzemplarzy można ją dostać). Nie dlatego, że był słaby, ale dlatego, że zabrała się za trochę ambitniejsze dźwięki niż te, którymi parała się jeszcze u boku Pawła Rurak-Sokala. Trzeba więc było znaleźć jakąś alternatywę dla zarabiania kasy. Taką możliwość dał jej program “Gwiazdy tańczą na lodzie”, który pomógł kilku osobom powrócić do świata żywych. My wróćmy jednak do muzyki – 13 czerwca Tatiana wystąpiła w konkursie Premier w Opolu z piosenką “Kogo kocham”, zajmując przedostatnie miejsce. Nie tak dawno temu premierę miała piosenka “Valentine” nagrana wspólnie z Wyclefem Jeanem. A teraz ten strzał z pastą do zębów. Ciekaw jestem co ludzie zapamiętają – czy fakt, że polska wokalistka miała okazję pracować ze światową gwiazdą, czy może tę nieszczęsną promocję? Tak czy siak, zdrowy uśmiech można będzie bez wstydu pokazywać przed kamerą. Wszystko jedno, czy śpiewając piosenki, czy komentując harce uczestników teleturnieju “Co oni biorą”.

W odtwarzaczu: Miles Davis – “The Complete In a Silent Way Sessions”, The Mars Volta – “Octahedron”, The Sounds – “Crossing The Rubicon”, Hell-Born – “Darkness”.

Piraci ze Szwecji: klątwa Europarlamentu

•czerwiec 10, 2009 • Komentarzy: 2

Przegrany przez twórców The Pirate Bay proces zaowocował korzystnym wynikiem wyborów dla szwedzkiej Partii Piratów (Piratpartiet), która wprowadzi do Parlamentu Europejskiego dwóch członków.

- Czujemy, że złapaliśmy wiatr w żagle. Widzieliśmy oczywiście wcześniej sondaże, ale dziś jest zupełnie inaczej – widzimy prawdziwe wyniki na ekranie (…). Razem zdołaliśmy zmienić krajobraz europejskiej polityki. Nie ważne, jak skończy się ta noc – zmiana już nastąpiła – mówił serwisowi TorrentFreak Rick Falkvinge, lider ugrupowania, zaraz po ogłoszeniu wstępnych wyników – czytamy na stronach portalu Gazeta.pl.

Zmienili? Krajobraz polityki? Bzdura. Tym większa, że nawet gdyby to był tylko błąd w tłumaczeniu, we dwójkę panowie na zbyt wiele sobie w Brukseli nie pozwolą, poza brataniem się z podobnymi sobie ziomalami. Poza tym Szwecja to  inny kraj niż np. Francja, więc działania piratów może i wydają się interesujące, ale tylko na ich własnym podwórku. Napisałem “interesujące”, ale pamiętajmy, że wszystko zmierza do jednego – darmowego dostępu do kultury. Co może samo w sobie jest pociągające, ale tylko jednostronnie i na dodatek na krótką metę. Bo niby z czego artyści mieliby się utrzymywać, jeżeli każdy miałby możliwość ściągnąć sobie legalnie płytę za darmo w plikach? Z koncertów, powiecie. Ale co, jeżeli na granie koncertów nie mieliby czasu, zajmując się zarabianiem na chleb od 9 do 17? Zawsze przecież można sprzedać piosenkę na potrzeby reklamy. Tylko ilu takich szczęśliwców znamy? Tę wyliczankę można jeszcze długo kontynuować i pewnie każdy będzie miał swoje argumenty, ale zwróćmy uwagę na jedno – Szwedom wyjątkowo spodobało się słowo “piractwo”. Czyli innymi słowy kradzież. To coś, co naszym rodakom nie przychodzi łatwo. Boimy się nazywać rzeczy po imieniu, bo nie “pożyczamy”, nie “testujemy”, ale właśnie kradniemy. Kierując się takim myśleniem mógłbym sobie pójść do salonu Mercedesa i “pożyczyć” jakiś najnowszy model, żeby tylko “przetestować”, jak sprawdziłby się na wakacjach w Chorwacji. Brzmi ładnie? Na pewno miły pan za ladą by mi zaufał :-)

Z newsów muzycznych: jest już zapowiadany jakieś dwie notki temu wywiad z O’Malleyem, zapraszam do lektury. Dotarła też nowa płyta Minsk i, niestety, ze srebrnego krążka nie brzmi dobrze. Nie wiem co zrobił z tym materiałem Sanford Parker, ale wszystko wskazuje na to, że albo facet ma kryzys, albo po prostu był przereklamowany. Cieszy za to świetna forma Coalesce, które pod wieloma względami przypomina mi wyjątkowo niedoceniany Soilent Green. To nie jest muzyka, która “chwyta” już przy pierwszym przesłuchaniu. Wymaga czasu i, o co obecnie coraz trudniej, uwagi. Świetny krążek nagrali muzycy pod batutą Johna Zorna – rzeczywiście romantyczny i… trochę dla windziarzy ;-) NIE polecam natomiast nowych dokonań Pelican i, co z bólem serca przyznaję, Petera Hammilla. Szkoda czasu.

W odtwarzaczu: Masachist – “Death March Fury”, Thelonious Monk – “Alone in San Francisco”, “The Limits Of Control” – O.S.T., Eels – “Hombre Lobo”.

Nowy stary hałas

•maj 31, 2009 • Komentarzy: 4

Ciężko sobie wyobrazić, jak wyglądałaby muzyka hardcore’owa i metalowa dziś, gdyby w 1998 roku nie ukazał się album “The Shape Of Punk To Come” szwedzkiej grupy Refused. Pomijając naiwne marksistowskie teksty i dorabianą trochę na siłę ideologię (choć jak widać, wokalista Dennis Lyxzén nawet w swoim nowym zespole The (International) Noise Conspiracy nie ma jeszcze dość), Szwedzi już 11 lat temu wyznaczyli drogę, którą podąża dzisiaj m.in. Dillinger Escape Plan. Pech chciał, że na krótko po wydaniu wspomnianego krążka i niezbyt udanej trasie po Stanach Zjednoczonych (ci wredni kapitaliści!), którą dokumentuje DVD “Refused Are Fucking Dead”, muzycy postanowili zakończyć działalność. Wydany z tej okazji płaczliwy manifest można przeczytać na stronie Burning Heart Records.

Ciekawa rzecz działa się natomiast przez lata z promującym krążek kawałkiem “New Noise”. Coverowały go tak różne grupy, jak m.in.Crazy Town, The Used, Torch, Snot, czy Black Apollo. Trafił też na ścieżki dźwiękowe filmów: “Adrenalina”, “Światła stadionów” i bliżej mi nieznanego “Jalla! Jalla!”. Fani Tony’ego Hawka mogli usłyszeć znajomy refren w grze “Tony Hawk’s Underground”, a ci, którzy nie rozstają się z pilotem od telewizora, w jednym z odcinków pierwszego sezonu serialu “24 godziny”. Bardzo rozbawił mnie następujący wpis z Wikipedii: “The band Paramore used the line “we want the airwaves back” from Refused’s “Liberation Frequency” in their own song “Born For This” on their second release, Riot!“. Cóż, jak widać udało im się :-)

Na koniec polecam niezły mash-up “New Noise” z… “Frozen” Madonny.

Tony Hawk’s Underground

Upadek giganta

•maj 29, 2009 • Skomentuj

Manfred Schütz, boss niemieckiej wytwórni SPV (Schallplatten Produktion und Vertrieb GmbH), ogłosił, że jego firma jest niewypłacalna. Przez 25 lat z logo SPV ukazywały się płyty takich gigantów, jak choćby Motörhead, Sepultura, Kreator czy Type O Negative. To kawał historii ciężkiego grania, a zapewnienie Manfreda, że “biznes będzie działał jak wcześniej” nie brzmi niestety wiarygodnie.

Kolejna ofiara kryzysu? Pewnie też, choć problem SPV jest bardziej złożony. W ostatnich latach Niemcy ściągnęli pod swoje skrzydła zespoły, które (przynajmniej pod względem komercyjnym) są tylko cieniem samych siebie sprzed lat. Owszem, Type O Negative nagrali świetny krążek, który jednak nie miał prawa sprzedać się tak, jak w ubiegłej dekadzie “Bloody Kisses” czy “October Rust”. Sepultura, biorąc pod uwagę trochę niewyjściowy skład, nie poległa całkowicie z “Dante XXI” i “A-lex” i koncertowo wciąż nieźle wypada, ale… z czym do ludzi? Rzut okiem na nadchodzące premiery SPV nie napawa optymizmem – ciekawe albumy można policzyć na palcach jednej ręki. Mamy więc do czynienia ze spektakularnie spartaczoną robotą panów od A&R, co w połączeniu ze spadającą sprzedażą płyt daje nam smutny obraz zbliżającej się wielkimi krokami klęski.

Szkoda, tym bardziej, że rzuca to trochę inne światło na możliwości rynkowe pozostałych niemieckich wytwórni kojarzonych głównie z metalem. Przetrwają tylko najodważniejsi? Czas pokaże.

W odtwarzaczu: Łąki Łan – “Łąki Łanda”, Katharsis – “Fourth Reich”, plus wybrane pozycje z dyskografii Eyvinda Kanga i tzadikowska seria “Great Jewish Music”.

Na salony!

•maj 17, 2009 • Skomentuj

“Ta muzyka może być piękna i uspokajająca. Zabiera cię w podróż, w trakcie której zapominasz o wszystkim i poczujesz wolność – tak chyba działa medytacja” – to słowa reżysera Jima Jarmuscha, twórcy m.in. “Truposza”, “Broken Flowers” i “Ghost Dog”. Wiecie o jakim zespole tak mówi? To może jeszcze jeden przykład: “Ich twórczość przywodzi na myśl kolonie mrówek, topniejące lodowce, ruiny Majów, mózg Donalda Rumsfelda, lub części intymne Jezusa i Marii”. To z kolei David Byrne, artysta którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Tak, ci panowie zaliczają się do fanów Sunn O))). Przed premierą “Monoliths & Dimensions”, piątej długogrającej płyty zespołu, rozpętała się prawdziwa medialna burza. Wydwca materiału, wytwórnia Southern Lord, robi jednak wszystko, żeby przypomnieć fanom, jak wyglądał kiedyś proces wypuszczania na rynek albumów. Nie ma egzemplarzy promocyjnych, a materiał trafił do internetu zaledwie tydzień przed oficjalną premierą, co jest nie lada osiągnięciem (choć jak widać po Amazonie, album będzie dostępny również w wersji mp3). Oni nie muszą się starać, zabiegać o przychylność krytyków. Uczciwie zapracowali sobie na uznanie, skutecznie wprowadzając metal na salony. Czasy mamy takie, że nawet tak opiniotwórcze publikacje jak “Wire” zupełnie poważnie piszą o norweskich zespołach blackmetalowych, nie skupiając się na wydarzeniach, które sprawiły, że w pierwszej połowie ubiegłej dekady prasa muzyczna na całym świecie chciała mieć na okładce Vikernesa. To dobrze, bo może ludzie w końcu uświadomią sobie, że z metalu nie można się tylko śmiać :-)

Sunn O))) to metal, tego jestem pewien. Owszem, raz mniej, raz bardziej, ale jednak metal. No i są na Metal-Archives (czytaj: “They are metal enough”) :-)

W odtwarzaczu: Gypsy Gypsy Gypsy – “Like a Diamond Snake in a Black Sky”, Bruce Lamont – “Feral Songs”, Autopsy – “Severed Survival”.

Muzyka do snu

•maj 12, 2009 • Komentarzy: 3

Jak się żyje muzyką, to w pełnym wymiarze – 24h na dobę i nie ma “przebacz”. Poniżej top five płyt do snu.

1. Biosphere – “Substrata”

Za Pitchforkiem: “Biosphere’s Geir Jenssen knows from cold. Residing as he does near the Arctic Circle in Norway, Jenssen understands the psychological implications of a sun that, like a lamented deadbeat parent, routinely disappears for months at a time, and the absence of that essential lifeforce takes an inevitable emotional toll that informs Jenssen’s art”. Wydana w 1997 roku “Substrata” to jedna z najpiękniejszych płyt, jakie dane mi było poznać  w moim krótkim życiu.  Od otwierających krążek dźwięków przelatującego w górze samolotu, aż po sample z “Miasteczka Twin Peaks” – tutaj każdy dźwięk jest na miejscu. I nie ma nic lepszego niż pobudka późno w nocy “with an endless feeling of omnipotism and confidence”. Klasyk.

2. This Empty Flow – “Magenta Skycode”

This Empty Flow to wyrodne dziecko muzyków fińskiego funeral doomowego Thergothon, pozbawione jednak grobowego klimatu i niedźwiedzia na wokalu. “Magenta Skycode” zabiera nas w podróż do czasów “Disintegration” The Cure, to hołd dla rozkręconych na maksa flangerów, pogłosów i tekstów o niespełnionej miłości. Pretensjonalny, lecz piękny album, pełen chwytających za serce melodii i refrenów. Po debiucie This Empty Flow uraczył nas jeszcze dwoma składankami (“Three Empty Boys” i “Nowafter”) oraz fatalnie zremasterowaną reedycją “Magenta Skycode” wzbogaconą o niepublikowane wcześniej kawałki. Wokalista Jori Sjöroos próbował jeszcze szczęścia z całkiem niezłą grupą… Magenta Skycode, ale od dłuższego czasu nie dał znaku życia. Na ten rok zapowiedzieli nowy krążek. Niko Scorpio nagrywa solowe płyty z muzyką eksperymentalną (głównie ambient), ale nie są to dźwięki dla wszystkich fanów jego poprzedniej formacji.

3. The White Birch – “Star Is Just A Sun”

Znowu Skandynawia i ponownie Norwegia. Grupa The White Birch może być znana tym, którzy pojawili się na pierwszej edycji Off Festivalu, a wcześniej słuchali audycji Artura Rojka. -Bawiliśmy się w naukowców. Mieliśmy wątpliwości, czy urodzi się z tego coś interesującego. Pierwszym utworem, jaki powstał na ten album, był “Love Is So Real” i on otworzył nam oczy. Mając tę piosenkę, spędziliśmy sporo czasu próbując stworzyć coś o podobnym klimacie. To było ciężkie, bo “Love Is So Real” powstała przez przypadek, a ukończenie całości zajęło nam chyba dwa lata. Kolejne kompozycje, jakie stworzyliśmy to “Breathe” i “Beauty King”. Nad tą ostatnią musieliśmy ciężko pracować, ale “Breathe” ukończyliśmy bez problemów. Nagrania miały miejsce w moim studiu, które mieściło się nad barem w Oslo. Zimą było tam bardzo chłodno. W sumie w ciągu roku były chyba dwa miesiące, kiedy mogliśmy nagrywać. W styczniu było tak zimno, że nie sposób było tam wysiedzieć. Musieliśmy uzbroić się cierpliwość i poczekać na lepszą pogodę – powiedział mi w Mysłowicach lider The White Birch, Ola Flottum, kilkanaście minut po magicznym koncercie. Jak się okazało, ostatnim w składzie, który zarejestrował “Star Is Just A Sun”.

4. Current 93 – “Soft Black Stars”

The empty streets
The songs of twilight
The clouds at rest
The churchbells chiming
A scarecrow shudders
And some birds tremble
I looked at you and saw it’s time

David Tibet wyciszony, refleksyjny, ale niezmiennie mistyczny. Oszczędne aranżacje i przejmujące teksty. Rok temu w końcu przekonałem się na własnej skórze, że Current 93 na żywo to przeżycie warte każdych pieniędzy. I choć wtedy największe wrażenie zrobił na mnie “Locust” z dużo starszego “Imperium”, zdecydowanie zabrakło kilku utworów z “Soft Black Stars”. Mam nadzieję, że uda się to jeszcze nadrobić.

5. Masada – “Masada Guitars”

Czyli John Zorn dla ludzi, Masada dla fanów Frisella, Ribota i Sparksa i idealne wyciszenie po ciężkim dniu. Subtelna gitarowa muzyka w wykonaniu prawdziwych mistrzów sześciu strun. Szkoda miejsca na moje wynurzenia, zainteresowanym polecam recenzję, która idealnie podsumowuje ten nietuzinkowy album. Na koniec tylko jedna uwaga – odpowiedzialny za mastering “Masada Guitars” Scott Hull to nie ten sam pan, który atakuje nasze uszy za pośrednictwem Agoraphobic Nosebleed i Pig Destroyer.