fot. Joanna “frota” Kurkowska / BlackBoxPhoto
Pamiętacie Dodę na koncercie Massive Attack?
•Luty 7, 2010 • Dodaj komentarzJak zostać idolem?
•Luty 3, 2010 • 5 komentarzyPrawie dwa lata temu, w relacji z koncertu Weedeater, który otworzyła wrocławska grupa We Are Idols, napisałem: “(…) dość sprawne połączenie hardcora z rock’n'rollem, którego siła rażenia została ewidentnie osłabiona przez nienajlepsze brzmienie”. Było też coś o szatanie, dziewczynach i szybkich samochodach. Wracamy do przyszłości. Kilkanaście dni temu pan listonosz przyniósł mi ładny czerwony winyl z piękną okładką, która spokojnie mogłaby ozdobić krążek Municipal Waste. Co skrywa to opakowanie? Wysokoenergetyczny ładunek dźwiękowy, będący miksturą delicji spod znaku punk rocka, hardcora i metalu. Gdzieś na pograniczu między Turbonegro, Black Flag i późnym Entombed, czyli w skrócie: do przodu, przebojowo i z przytupem. Słychać, że te dwa lata, które minęły od wspomnianego koncertu w “Wagonie” nie zostały zmarnowane – zniknęły gdzieś monotonne wokale, gitarowe zapchajdziury i ograne do granic możliwości umpa-umpa. W zamian pojawiły się mocne i zapadające w pamięć riffy, refreny, które w wersjach akustycznych porządziłyby na niejednej świetlicowej potańcówce i świetne, bardzo naturalne brzmienie. Nie zdziwię się, jeżeli za jakiś czas We Are Idols będą wymieniani jednym tchem z The Black Tapes jako nadzieja nowego polskiego rock’n'rolla. No właśnie – może już pora zapomnieć o hardcorowych korzeniach?
The Jeffrey Lee Pierce Sessions Project – “We Are Only Riders”
Lider kultowej w pewnych kręgach (głównie wśród dobrze dziś znanych muzyków) formacji The Gun Club, Jeffrey Lee Pierce, zmarł w wieku 37 lat. Życie go nie rozpieszczało – mimo niewątpliwego talentu sukces nie był mu pisany. Szczęścia nie był też w stanie znaleźć w miłości, co podobno pośrednio doprowadziło do jego zgonu. 14 lat po tym tragicznym wydarzeniu do sklepów trafia coś na kształt tribute albumu, zatytułowanego “We Are Only Riders”. Nie wypełniły go jednak nowe wersje najbardziej znanych kawałków The Gun Club, ani tym bardziej inspirowane wenezuelskimi telenowelami ballady w stylu “Candle in the Wind”, choć słuchając tej płyty można się wzruszyć. Zarejestrowane na krótko przed śmiercią Pierce’a wersje demo piosenek odnalazł po kilkunastu latach jego przyjaciel Tony Chmelik. Na tyle mu się spodobały, że postanowił pośmiertnie oddać hołd kumplowi. I to jaki! Utwory zostały dokończone przez takie gwiazdy, jak Nick Cave, Lydia Lunch, Mark Lanegan, czy triumfujący po ubiegłorocznej premierze “200 Tons Of Bad Luck” muzycy superprojektu Crippled Black Phoenix. Rola wisienki na torcie przypadła wokalistce ukochanej przez Pierce’a grupy Blondie, Debbie Harry. Efekt ich współpracy poraża. Po pierwsze nieskazitelnym wykonaniem, czego można się było spodziewać. Po drugie, klimatem – od wisielczych brzmień alt country, przez samobójcze meandry depresyjnego rocka, aż po najgłębsze otchłanie amerykańskiej alternatywy. Po trzecie – rewelacyjnymi kompozycjami, z których tylko jedna (!) została wcześniej oficjalnie wydana. Po czwarte… a zresztą, nie macie ochoty przekonać się jak brzmi duet Cave’a z Harry, czy Edwards śpiewający z Crippled Black Phoenix?
Podziękujmy premierowi
•Styczeń 26, 2010 • 10 komentarzyZa mobilizację internautów. Za kolejny fantastyczny i nieskuteczny zryw społeczny w sieci. Chciałbym się mylić. Chciałbym wierzyć w to, że rząd nie przejmie kontroli nad dostępem do zasobów internetu, i że dopisując się do facebookowej grupy mogę zmienić rzeczywistość. Co prawda jeszcze daleko nam, ułanom, do fantazji Saracenów, ale…
Polska jest krajem, w którym rządzi absurd, więc oczywiście ekipa pana premiera może postawić na swoim. O tym jak miałaby wyglądać cenzura przeczytacie tutaj. Projekt na papierze można ładnie sprzedać – blokowane będą rzeczywiście szkodliwe treści (choć oczywiście nie wszystkie), no i strony, za pośrednictwem których można wygrać/stracić kasę. To ostatnie rozumie się samo przez się – w końcu każde dziecko wie, że hazard musi pozostać w jakimś stopniu pod kontrolą rządu. Tyle że dostęp do informacji kontrolowany być nie powinien. Tym bardziej przez urzędników, którzy mieliby oceniać co wolno, a czego nie. Jak takie osądy się kończą, większość z nas wie. Dodajmy do tego zmieniające się co cztery lata ekipy przy władzy, zazwyczaj reprezentujące interesy kompletnie od siebie różnych grup i… witamy w wypadkowej “Roku 1984″ i “Paragrafu 22″, gdzie rzeczywistość jest tak śmieszna, że aż straszna.
Z innych wiadomości: prezydent Lech Kaczyński w telewizyjnym spocie apeluje o wysyłanie sms-ów, z których dochód przeznaczony zostanie na pomoc poszkodowanym w trzęsieniu ziemi na Haiti. Cel szczytny, a kasa z wliczonego w koszt sms-a podatku VAT zawsze się przyda.
Update: a może jednak?
Ekskluzywne polskie media
•Styczeń 18, 2010 • 1 komentarzekskluzywny
1. «przeznaczony dla zamkniętej grupy osób»
2. «odgradzający się od ogółu albo od osób spoza pewnego kręgu»
3. «luksusowy, elegancki»
Ile razy słyszeliście o “ekskluzywnym” wywiadzie w mediach? Ile razy po przeczytaniu/obejrzeniu takowego poczuliście się częścią jakiejś elity/lepszej części społeczeństwa? Ja ani razu. Za to zawsze, kiedy widzę taką kalkę językową otwiera mi się nóż w kieszeni i dostaję drgawek o podłożu nerwowym. To błędne użycie słowa “ekskluzywny” ma swoje źródła w angielskim “exclusive” – jego podstawowe znaczenie: na wyłączność. I tak w pogoni za zachodnimi trendami wychodzimy na debili, którzy powtarzają nie próbując nawet zrozumieć. Brawo!
Do pani z tramwaju
•Styczeń 13, 2010 • 3 komentarzyPodobnie jak pani jeżdżę środkami komunikacji miejskiej. W zasadzie codziennie, może za wyjątkiem weekendów. To mój świadomy wybór. Dzięki tramwajom znacznie skraca mi się czas dojazdu do pracy, unikam stresu związanego ze staniem w korkach, głupotą innych kierowców i, co ważne, oszczędzam trochę pieniędzy. Jest jeszcze jeden istotny aspekt tej decyzji – mogę słuchać muzyki i czytać książkę.
Te dwie ostatnie czynności wymagają jednak spokoju i braku natrętnych współpasażerów. Jeżeli więc zajmuję już na wysokości pętli miejsce siedzące i jadę z opłaconym wcześniej biletem, to oczekuję, że podróżujący ze mną ludzie przynajmniej dadzą mi święty spokój. Oznacza to między innymi brak natarczywego opierania torebki o moje ramię i pocierania przy pomocy siatek ze sklepu Lidl. Takie działanie naprawdę nie spowoduje, że zwolnię miejsce tylko dlatego, że jest pani kobietą (z tego co udało mi się kątem oka zaobserwować, po trzydziestce i bez problemów zdrowotnych, nie wspominając już o niezłej sytuacji materialnej). Blokadę dźwiękową zapewniają mi słuchawki kanałowe, ale cielesną tylko zimowa kurtka, która niestety nie ma właściwości zapobiegających kontaktowi z przypadkowymi osobami, ani też nie niweluje przykrych zapachów, jakich pełno w środkach komunikacji miejskiej. Proszę więc tylko o jedno – o uszanowanie mojej przestrzeni prywatnej.
Tańczący z demonami
•Styczeń 12, 2010 • 2 komentarzyBardziej demoniczny niż niejeden “groźny” muzyk metalowy, piekielnie utalentowany i… prawie zapomniany. Bo jak inaczej wytłumaczyć tytuł newsa na Pitchforku? Tak, mili państwo, po kilkunastu latach przerwy, w dobie globalnej dominacji Radiohead, powraca Roky Erickson. Człowiek który zasłużył na większy poklask niż niejeden przereklamowany indie-idol nastolatków.
Najstarsi fani pamiętają go z psychodelicznej formacji 13th Floor Elevators, której dorobek niebawem przypomni norweski Ulver. Ci trochę młodsi (choć powiedzmy to wprost – też wiekowi) z kultowych i zdecydowanie bardziej rockowych kawałków, które trafiły na płyty “The Evil One” i “Runes” (wszystkie pochodzące z wyprodukowanych przez Stu Cooka sesji zostały zebrane w 1987 r. na krążku “I Dream Of Demons”). Śpiewał o upiorach, wampirach, dwugłowych psach, latających spodkach i Lucyferze. Na tyle przekonująco, że rok po nagraniu tej drugiej płyty uwierzył, iż jego ciałem zawładnął przybysz z Marsa. Kilka lat później trafił do aresztu za… kradzież listów. Przywłaszczoną pocztę sąsiada przykleił sobie taśmą do ściany. Twierdzi jednak, że nie otworzył ani jednej koperty. Tak, listy stały się jego nową obsesją – pisał m.in. do zmarłych gwiazd show-biznesu i instytucji, które nie miał zamiaru wdawać się w dyskusje ze świrem.
Na początku lat 90. przypomnieli sobie o nim na chwilę rockmani. Covery utworów Ericksona w wykonaniu m.in. Primal Scream, Juliana Cope’a, ZZ Top i R.E.M. zostały zebrane na wydanej w 1990 roku płycie “Where The Pyramid Meets The Eye”. Skąd ten tytuł? Zainteresowanych odsyłam do Wikipedii. Problemy finansowe i zdrowotne Roky’ego zostały częściowo ujarzmione w 2001 roku, kiedy sąd przyznał prawo do opieki nad muzykiem jego bratu, Sumnerowi. Cztery lata później Erickson po raz pierwszy od 20 lat pojawił się na scenie z gitarą. Towarzyszył mu Billy Gibbons z ZZ Top. W drugiej połowie 2008 roku do sklepów trafiła EP-ka szkockiego Mogwai, “Batcat“. Erickson pojawił się w jednym z utworów. Nawiązał też współpracę z grupą Okkervil River, która podjęła się próby reanimowania jego muzycznej kariery. Trzymajmy kciuki, bo rock znowu potrzebuje groteski i makabry. Rock potrzebuje Roky’ego.
Robak i jego przemiany
•Styczeń 10, 2010 • 2 komentarzyKevina Martina poznałem – jak na fana muzyki ekstremalnej przystało – za sprawą projektu God (tutaj podziękowania dla Radka Szastoka), który współtworzył m.in. z Justinem Broadrickiem (Godflesh, Jesu), i do którego z przyjemnością po dziś dzień wracam. Potem przyszedł hiphopowy Ice i bliższy jego obecnym dokonaniom Techno Animal. W międzyczasie Ipecac wydał jeszcze jeden z najbardziej agresywnych krążków, jakie dane mi było usłyszeć w moim krótkim życiu – “Mass Destruction” The Curse Of The Golden Vampire. Również sygnowany przez Martina. Potem, przez kilka lat, częściej zasłuchiwałem się w post-metalowych smutach Broadricka. Zakapturzony Brytyjczyk powrócił w moje progi dopiero za sprawą wydanej w 2008 roku płyty “London Zoo“. I to jak!
Ostatni krążek The Bug jest oceniany przede wszystkim pod kątem dubstepowej rewolucji, jaka rozegrała się niedawno na Wyspach, ale to najprostszy możliwy sposób na zaszufladkowanie tego nietuzinkowego projektu, a co za tym idzie, muzyka. Owszem, nagrywa dla Hyperdub, pewnie imprezuje ze Stevem Goodmanem, ale nie w głowie mu kopiowanie, naśladownictwo, czy wpisywanie się w obowiązujące obecnie trendy. To dlatego porzucił industrial i jemu podobne na rzecz dźwięków wywodzących się z Jamajki, kiedy nie były specjalnie popularne (dopiero co minęła moda na jungle). Ponoć to soundsystemy i MC’s są przyszłością muzyki i to właśnie oni stawiają przede wszystkim na oryginalność. Nie jestem tego tak pewien jak Martin, ale faktem jest, że właśnie ta scena, jako jedna z naprawdę nielicznych, zrodziła ostatnimi czasy albumy, które aż kipią od świeżych pomysłów i autentyczności. “London Zoo” jest tego doskonałym przykładem – to pierwotne instynkty człowieka zamknięte we współczesnych, maksymalnie zbasowanych brzmieniach i doprawione pełnymi pasji wokalami. To płyta jednocześnie przytłaczająca i fascynująca. No i wcale nie taka prosta, ale o tym można się przekonać dopiero po kilku dokładnych odsłuchach.
Końcówka ubiegłego roku przyniosła najnowsze dzieło Martina – “Waiting For You” sygnowane szyldem King Midas Sound (do złośliwych: “Midas” w nazwie raczej nie jest przypadkowy). W porównaniu do “London Zoo” jest to materiał dużo spokojniejszy, może nawet refleksyjny i sentymentalny. Chciałbym, żeby właśnie tak zabrzmiał nowy Massive Attack, jednak zarówno “Splitting The Atom”, jak i udostępnione już kawałki z nowej płyty pokazują, że będzie to bardzo nijaki krążek. Wróćmy więc do Martina i jego współpracowników, którzy wpadki jeszcze – odpukać – nie zaliczyli. Kolosalny wpływ na “Waiting For You” miał wokalista/poeta Roger Robinson, który pojawił się już w roli gościa na “London Zoo”. Tutaj jednak jest jednym z głównych rozgrywających i to za sprawą jego głosu “Waiting For You” wpuszcza trochę światła do opuszczonego o 4 nad ranem miasta, które z taką gracją opisał za pomocą dźwięków Burial. Napisałem “trochę”, bo teksty takie jak “I wish you pain ’til you can’t ever feel joy/ I wish you luck with a capital F, boy” nie pozostawiają złudzeń, że mamy do czynienia czymś znacznie poważniejszym niż ballady Kelly Clarkson. Są też charakterystyczne niskie tony Kevina, tutaj bardziej przypominające ambientowe plamy dźwiękowe niż podkład do tanecznych wygibasów w stylu dancehall. I – co najważniejsze – rewelacyjne kompozycje, za które 3D i Daddy G daliby się pokroić. Jeżeli to możliwe, zapomnijmy na jakiś czas o twórcach “Mezzanine”. Umarł król, niech żyje król!
O tym, jak metal chciał być jazzowy
•Styczeń 7, 2010 • 11 komentarzyZa sprawą Mariusza Hermy dotarłem do bardzo zabawnego tekstu, o dziwo opublikowanego przez szanowany tu i ówdzie NYT. Jego autor (choć nie on pierwszy i pewnie nie ostatni) dowodzi, że muzyce metalowej nigdy nie było bliżej do jazzu. Po czym rzuca przykładami z kosmosu: że Pat Metheny – Paul Masvidal; że Jeff Watts – Tomas Haake. Halo, pobudka! Cynic grał ciekawsze rzeczy już w 1993 roku. Obecna formuła Meshuggah zaliczyła swój highlight już w 2002 roku. I oczywiście ani słowa o najbardziej jazzowej ze wszystkich metalowych płyt wydanych w tej dekadzie, czyli “Monoliths & Dimensions”.
Dla lwiej części muzyków metalowych największą formą nobilitacji artystycznej nie są pochwały od kolegów, tylko słowa uznania ze strony jazzmanów. Nie mnie rozstrzygać czy w grę wchodzą jakieś kompleksy, ale faktem jest, że tego typu komplementy owszem, miały miejsce, jednak nie dotyczyły finezji czy wyobraźni muzycznej metalowców, ale raczej sprawności w opanowaniu instrumentu. No i prędkości i wytrzymałości w przypadku perkusistów. Stąd współpraca Johna Zorna z perkusistą Napalm Death, Mickiem Harrisem i Naked City tego pierwszego. I stąd (częściowo) Dave Lombardo w Fantomas. Problem polega jednak na tym, że tych gatunków nie możemy postawić obok siebie. Bo, wbrew temu co możecie wyczytać w amerykańskiej gazecie, więcej je dzieli niż łączy. Dwóch czy trzech myślących muzyków metalowych tego nie zmieni. Nachtmystium już na wstępie? Dajcie spokój…
Polskie, czyli dobre i bez obciachu
•Styczeń 2, 2010 • Dodaj komentarzWhorehouse – “Execution of Humanity”
Jeżeli zespół przez 14 lat nie może wydać debiutanckiej płyty, to są dwie możliwości: a) jest na tyle słaby, że nikt nie odważy się wyłożyć pieniędzy na studio, oprawę, promocję i dystrybucję albumu. b) jest bardzo dobry, ale gra na tyle niszową i niemodną muzykę, że nikt nie odważy się wyłożyć pieniędzy na studio, oprawę, promocję i dystrybucję albumu. I tak zarówno świetne, jak i słabe zespoły zostają zrównane. No, chyba że mają na tyle samozaparcia, że nie dadzą za wygraną. Wtedy, bez względu na to, do której grupy je zaliczymy, należy im się szacunek. Krakowski thrashmetalowy Whorehouse po prostu nie miał szczęścia. Talentu, ale przede wszystkim woli walki, u niego dostatek. Śledzę poczynania tej grupy od ładnych paru lat i wiecie co? Nie widziałem słabego koncertu w ich wykonaniu, podobnie jak nie słyszałem słabego promo sygnowanego tym szyldem. Na chwilę przed 15. urodzinami zespołu w moje ręce trafił wydany przez Defense Productions krążek “Execution of Humanity”. Szczęśliwie stało się to podczas koncertu Whorehouse w krakowskim klubie Face2Face.
O ile odrodzony w ostatnich latach thrash metal wydał na świat kilka niezłych krążków i fajnych zespołów, o tyle teraz ponownie zaczął zjadać własny ogon. W zalewie białych adidasów i obcisłych dżinsów obrodziło nam bezpłciowymi klonami największych wymiataczy spod znaku mullet. Czyli riffy stały się tylko pretekstem do gitarowego onanizmu, a klasyczne umpa-umpa w tempie 220 BPM niezłym tłem dla wykastrowanych piejców. Whorehouse to zupełnie inna bajka i jeżeli musiałbym znaleźć punkt odniesienia, to byłby to Exodus z “Tempo of the Damned” czy “Shovel Headed Kill Machine”. Czyli zero piszczenia i ścigania się z Malmsteenem, ale metal z jajami, rozstawiający zniewieściałych pozerów po kątach. “Execution of Humanity” to kopalnia kapitalnych kawałków – od dobrze już znanych z koncertów “Drink ‘Till Xodas”, “New Life” i “True Living”, aż po premierowe “Ex Termin 8″, czy “E.O.K”. W sumie 40 minut świetnej zabawy. Tylko nie pozwólcie im nagrywać kolejny krążek 14 lat.
Krzysztof Penderecki – “Rękopis znaleziony w Saragossie”
O filmie Wojciecha Hasa pisano już prace magisterskie, więc żeby nie tracić cennego czasu odeślę Was najpierw do tekstu Wojciecha Orlińskiego, a ten kto nie oglądał, ten trąba (w tej formie nawet ładnie się rymuje). W którejś z poprzednich notek wspominałem już o cenach, jakie na allegro osiąga winylowe wydanie rzeczonego albumu (cytat ze strony aukcji: “Album zaraz po wydaniu rozszedł się jak kamfora po prawie wszystkich kontynentach i od 3 lat otrzymujemy grzeczne zapytania, czy nie ostał się jakiś egzemplarz. Otóż w zasadzie nie ostał się, ale mieliśmy na tzw. stanie kilka okazowych egzemplarzy. To jest ostatni z nich. Na dniach muzyka z “Rękopisu znalezionego w Saragossie” ukaże się na obuszym CD. Chcemy również wznowić parę „klasycznych” płyt obuszych, licytując pomagasz zrealizować te zamysły. „Rękopis” na winylu nie będzie wznowiony, tak więc jeśli ktoś zaspał, oto okazja zdobyć „fabrycznie” nowy egzemplarz. Powodzenia!“). Miłośnicy wczesnego Pendereckiego i ekranizacji jednej z najlepszych polskich powieści (i również jednej z najlepszych polskich ekranizacji prozy) mogą w końcu odetchnąć z ulgą – OBUH wydał album w formie CD. Jak na tę wytwórnię jednak przystało, źródłem dźwięku był… winyl. I chwała im za to.
Penderecki kojarzy nam się obecnie z muzyką do “Katynia” w reżyserii Wajdy, “Credo” i “Siedmioma bramami Jerozolimy”. Często zapominamy, że to człowiek odpowiedzialny za kompozycje wykorzystane w “Lśnieniu” Kubricka i “Egzorcyście” Friedkina. Awangardowe, odważne i cholernie intrygujące. Taka też jest muzyka do “Rękopisu znalezionego w Saragossie”. Jak czytamy w schludnym digipacku, całość została zarejestrowana w Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia w Warszawie, przy czym część partii instrumentalnych nagrano w studiu Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu. W latach 1963-1964, mili państwo. Mamy do czynienia z muzyką niemal klaustrofobiczną, duszną, choć bardzo bogatą brzmieniowo, a momentami nawet aranżacyjnie. Określenie “ezoteryczną” jest jak najbardziej na miejscu. Fragmenty dobrze znanych kompozycji przeplatają się z dźwiękowymi eksperymentami na pograniczu muzyki konkretnej, minimalizmu i… cholera wie czego jeszcze. Podobnie jak film, lektura obowiązkowa. Pospieszcie się – płyty OBUH znikają jak ciepłe bułeczki.



