Dlaczego oni?

•listopad 21, 2009 • Dodaj komentarz

Podczas czwartkowego spotkania w krakowskiej Pauzie Leszek Gnoiński zadał pytanie, które kiedyś już się przewinęło przez nieliczne polskie gazety piszące o muzyce. – Dlaczego na Zachodzie udało się zrobić karierę akurat muzykom metalowym, a nie takiej Kayah? – Bo tekstów nie sposób zrozumieć – odpowiedział kilka lat wcześniej jakiś mądry pismak.

Sprawa tak naprawdę jest prosta – na Zachodzie każdy kraj ma przynajmniej jedną taką Kayah, zazwyczaj dużo lepszą od pierwowzoru. Po drugie, polskie gwiazdy jadące na koncerty na Zachód zazwyczaj wychodzą z założenia, że skoro są gwiazdami w Polsce, to zagranicą pewnie też. Po trzecie – jeżeli już uda im się zagrać poza Polską, to zazwyczaj ma to miejsce w najlepszym wypadku raz na dwa lata. A teraz zobaczcie sobie ile koncertów taki Vader, Behemoth czy Decapitated zagrali na całym świecie, z różnej klasy zespołami. Większość zapewne w klubach, które Amerykanie zwykli określać mianem “shithole”, za przysłowiowego schaboszczaka i piwo.

Owszem, z  wyglądu muzyków metalowych można się pośmiać. Z muzyki pewnie też. Ale z ich poświęcenia i pracowitości już nie. Szkoda tylko, że rodzimi grajkowie mając pod ręką żywy dowód na to, że można zrobić karierę na Zachodzie, jeszcze nie wyciągnęli z tego wniosków. Narzekać każdy potrafi.

W odtwarzaczu: Fugazi i audiobook “Gottland” Mariusza Szczygła.

Dzień bez muzyki

•listopad 15, 2009 • 3 komentarzy

Spokojnie, temat tej notki nie ma nic wspólnego z naszymi ukochanymi politykami. 21 listopada w austriackiej miejscowości Linz będzie miał miejsce No Music Day. W skrócie oznacza to, że sklepy nie będą katowały swoich klientów popowym szajsem z najniższej półki, w kinach nie można będzie obejrzeć filmu ze ścieżką dźwiękową (up yours, Hannah Montana!), a nabożeństwa w kościołach zostaną zubożone o tęskne zawodzenia księży. Pełna lista zakazów znajduje się tutaj.

Po co to wszystko? “Wire” twierdzi, że jest to część inicjatywy 2009 European Capital of Culture’s Horstadt, która ma na celu poprawę warunków funkcjonowania pewnej specyficznej instalacji w centrum miasta. Pod linkiem w poprzednim akapicie znajdziecie trochę inne wytłumaczenie. A może nawet jego brak. Spróbujmy sobie jednak wyobrazić, jak mógłby wyglądać Narodowy Dzień Bez Muzyki. Horror czy ukojenie?

Nowoczesny antykwariusz

•listopad 13, 2009 • Dodaj komentarz

W prawej nawigacji tego bloga, niemal od samego początku jego bytności, znajduje się pozycja zatytułowana “Julian Cope“. Odnośnik kieruje gości na dość dziwne strony. Ciężko się w nich zorientować przy pierwszej wizycie, ale jeżeli poświęcicie troszkę swojego cennego czasu, na pewno znajdziecie tam coś dla siebie. Kto zacz? Domorosły archeolog, który wykłada w British Museum. Pisarz, który napisał dwie autobiografie. Wielbiciel kraut rocka, od momentu kiedy przyznawanie się do bycia fanem Faust groziło śmiercią towarzyską. Muzyk, który odniósł spore sukcesy, nagrywał dla wytwórni Ricka Rubina i wystąpił gościnnie w jednym z najlepszych utworów Sunn O))), ale od początku kariery ignorował słowo “kompromis”. Jeden z pierwszych bloggerów – jego Head Heritage działa nieprzerwanie od 1998 roku. Aż w końcu długowłosy świr w skórzanych spodniach i czapce Luftwaffe. Żona tak skomentowała jego garderobę: “drogie dzieci, gdyby Niemcy wygrali drugą wojnę światową, wszyscy chodziliby ubrani jak wasz tatuś”.

Jestem świeżo po lekturze wspomnianych autobiografii Cope’a, które w 2000 roku zostały wydane w jednym tomie. “Head-on/Repossessed” to książka/-i niezwykła/-e. Nie tylko dlatego, że Julian posługuje się słowem jak Paganini smyczkiem. To historia wzlotów i upadków muzyka rockowego, których nie widać w blasku reflektorów i na ekranach telewizorów. Są narkotyki, problemy rodzinne, paranoja i wreszcie muzyka. “To jedna z najlepszych książek o latach 80.” – głosi na okładce “Repossessed” recenzent “Guardiana”. Owszem, tyle że to lata 80., w których rewolucja punkowa jest czymś na kształt wspomnienia ery kamienia łupanego, a The Smiths oraz Echo & The Bunnymen nie cieszą się szacunkiem autora. Słowem – dekada, którą zwykliśmy pamiętać zgoła inaczej. Gdzieś spomiędzy kart wyziera nienawiść do polityków, zorganizowanej religii (choć Cope będąc już dojrzałym mężczyzną przyjął chrzest), ale znalazło się też miejsce na miłość i relacje międzyludzkie. Jeżeli istnieje ktoś, o kim można z czystym sumieniem powiedzieć, że jest człowiekiem o tysiącu twarzy, to jego nazwisko brzmi Cope. Julian Cope.

Julian ozdobił swoją personą okładkę listopadowego “Wire“. W środku całkiem niezły wywiad, ale głównie o jego najnowszych poczynaniach muzycznych.

W odtwarzaczu: African Elephants – “Dead To Me”, Genitorturers – “Black Heart Revolution”, This Immortal Coil – “The Dark Age Of Love”, Terror Dnajah – “Gremlinz”

Ściągnij sobie Integrity

•listopad 9, 2009 • 2 komentarzy

Legalnie.

Brzydkie opakowania

•listopad 8, 2009 • 10 komentarzy

“Guardian” narzeka na coraz brzydsze okładki płyt. Słusznie, ale tak naprawdę who gives a fuck? Przecież muzyka odtwarzana na telefonie komórkowym nie dość, że pozbawiona jest jakości, to na dodatek rzadko wzbogacona plikiem z okładką. W iPodach częściej, ale po cholerę?

Szybki rzut okiem na najgorsze okładki płytowe 2007 i 2008 roku według Pitchforka. Tym zestawieniom daleko do ideału, ale nie trzeba mieć IQ na poziomie Dody, by zauważyć, że nie jest dobrze. A teraz? Na pierwszy ogień idzie Ghostface Killah z obrazkiem, którego nie powiesiłby sobie nad łóżkiem nawet rosyjski raper. Założenie, jak na artystę ery reality shows rodem z MTV (potwarz, nie?) przystało, jest w porządku – klejnoty, złoto i laski. Wykonanie? No cóż, dobre dragi ziomale mają. Można przypuszczać, że Ghost chciał konkurować z RZA, który na potrzeby okładki swojej najnowszej solowej płyty zatrudnił artystę niezłego formatu, ale chyba jeszcze większego serca. Ten uczynił z niego hybrydę Zorro i Don Juana, otoczoną przez zamaskowane niewiasty rodem z ekranizacji “Baśni tysiąca i jednej nocy” w reżyserii Tarantino. Na tym tle trochę lepiej wypada niejaki Major Lazer, ale na trzeźwo jego też ciężko zrozumieć.

Alternatywa nie prezentuje się dużo lepiej, ale najbardziej boli, że dobre płyty zostają zbezczeszczone przez domorosłych następców Andy’ego Warhola, dla których narzędzia Photoshopa stały się substytutem kreatywności. Six Organs Of Admittance, Mew, The Antlers (Endo, anyone?), Dirty Projectors… Metal? Pożal się diable! Renesans thrash metalu sprawił, że każdy gówniarz chce mieć okładkę w stylu Dana Seagrave’a. Tyle tylko, że sam Seagrave od dawna nie jest w stanie namalować obrazu, który by chociaż trochę przypominał jego najlepsze prace. Klonów Travisa Smitha mamy już na pęczki, a on sam od lat robi wszystko na jedno kopyto. Jeden Southern Lord nie pomoże.

Tylko czy ktoś jeszcze potrzebuje dobrych okładek? Grono zainteresowanych z roku na rok kurczy się coraz bardziej. Teoretycznie płyty winylowe (z większymi okładkami) przeżywają renesans, pojawiają się wypasione wydania picture disc, 180-gramowe krążki, gatefoldy, cuda-niewidy, ale prawdziwym haczykiem staje się raczej hasło “limited edition” umieszczone na froncie. W myślach kalkujemy jak długo takie wydanie będzie dostępne w sklepie, ile za nie dostaniemy za pięć lat na e-bayu i… płyta za szybko trafia na półkę. Kiedy ostatnio kupiliście album bo zaintrygowała was okładka? Ja rok temu. Młodsze pokolenie ma już takie podejście głęboko w poważaniu. Wystarczy przecież kilka przypadkowych plików wrzuconych do telefonu i luzacka tapeta z gołymi cyckami. Okładka najwyraźniej przestaje być integralną częścią płyty.

Jesień: smutek i rozpacz

•listopad 7, 2009 • 6 komentarzy

Katatonia – “Night Is The New Day”

A miało być tak pięknie… Mogłoby się wydawać, że trzy lata to wystarczający czas, by nagrać naprawdę dobrą płytę. Okazuje się jednak, że niekoniecznie. Szkoda tylko, że przydarzyło się to jednemu z moich ulubionych zespołów.

Inspiracje panowie Renske i Nystrom mają coraz lepsze, ale co z tego, skoro większość kawałków na “Night Is The New Day” to taka gorsza wersja stron B ich wcześniejszych singli? Gorzki i twardy cukierek w ładnym opakowaniu. Niby nazwa ta sama, ale gdzieś zniknęły chwytające za pikawę melodię. Owszem, smutek pozostał, ale obawiam się, że wynika on raczej z faktu, że musieli się bardzo spieszyć z zakończeniem pracy nad nowym krążkiem. Podobno naciskała wytwórnia, a Szwedzi nie potrafią pracować w nerwowej atmosferze. Na dodatek pojawiło się hasło “writer’s block“, co już nie wróżyło dobrze. W końcu co nagle, to po diable. Czyli w przypadku death metalu może przynieść złe (czytaj: dobre) efekty, ale już przy okazji “suicide rock”, jak nazywa się teraz muzykę Katatonii, raczej nie.

Dwie dobre piosenki na 12 (odpakowałem właśnie pięknie wydaną wersję w digibooku) to za mało. Nie przekonał mnie opethowy “Idle Blood”, udostępniony jako pierwszy “Forsaker”, ani promujący całość “Day And Then The Shade”. Powoli “chwytają” “Onward Into Battle” i “The Promise of Deceit”. Reszta? Wpada jednym uchem, wypada drugim. A w przypadku tego zespołu taka sytuacja jeszcze nigdy nie miała miejsca. Jestem już po dziesięciu przesłuchaniach. Do “The Great Cold Distance” wystarczyło pięć, ale tutaj nie ma utworów na miarę “Soil’s Song” czy nawet “My Twin”.

Żeby jednak nie popaść całkiem w minorowy ton: w kwietniu na dwa koncerty przyjeżdża do Polski Killing Joke!

“Niestety słucham muzyki”

•listopad 5, 2009 • Dodaj komentarz

Rozmowa z Markiem Karewiczem

Gdyby nie Black Sabbath

•październik 31, 2009 • 8 komentarzy

Zacznijmy od końca. Na pewno nie mielibyśmy okazji katować się dronami Sunn O))). Dlaczego? Bo zespół Anderssona i O’Malleya powstał jako hołd dla dowodzonej przez Dylana Carlsona grupy Earth, będącej w pewnym sensie hołdem dla Black Sabbath. Pamiętacie jeszcze jak nazywała się na początku formacja Iommiego?

Nie byłoby też post-metalu, no bo gdzie wylądowaliby muzycy Neurosis, gdyby wcześniej nie usłyszeli “Children of the Grave“? Zapewne dalej graliby dźwięki mocno osadzone w muzyce hardcorowej. Nie że złe, po prostu mniej intrygujące i na pewno nie tak inspirujące. Takiemu Aaronowi Turnerowi pozostałoby eksperymentowanie w Old Man Gloom i łojenie black metalu w Twilight. O reszcie może lepiej nie wspominać.

Stoner i doom metal? Próżnia doskonała. Żadnego Candlemass, Sleep, Electric Wizard, Cathedral, Saint Vitus, Weedeater, Bongzilla czy Acid King. Pójdźmy dalej – Kyuss pewnie grałby jakąś wariację na temat grunge, podobnie jak Monster Magnet, a pomysł założenia Queens Of The Stone Age spaliłby na panewce i Josh Homme musiałby łoić punk rocka. A’propos grunge – co z Soundgarden i Alice In Chains? Pewnie nic – lato miłości przeciągnęłoby się do połowy lat 90. ubiegłego wieku, nie wzbudzając zainteresowania nastolatków na całym świecie.

Największymi bohaterami Dimebaga Darrella byli muzycy Kiss, ale jego gra na pewno nie miałaby takiego kopa, gdyby nie one and only Riffmaster General – Tony Iommi. Docenia to również zawdzięczający dużo Panterze perkusista Chris Adler z Lamb Of God, który powiedział: “Jeżeli ktoś gra heavy metal i twierdzi, że muzyka Black Sabbath nie miała na niego wpływu, to kłamie. Cały heavy metal to w prostej linii kontynuacja Black Sabbath”. Upust swoim fascynacjom Black Sabbath dawali też muzycy Faith No More, Type O Negative, Life Of Agony i Biohazard – a to przecież tylko ci najbardziej znani.

Lata 80. – rodzi się thrash, a następnie death metal. Czego słuchali muzycy Metalliki zanim nagrali swoją jedyną płytę (“Kill’em All” rzecz jasna :-) )? Przede wszystkim N.W.O.B.H.M. i Black Sabbath. Macie jakieś wątpliwości co do szacunku, jakim Hetfield i Ulrich darzą Sabbs? To powinno je rozwiać. Skąd to uwielbienie? Między innymi stąd, że pierwszy riff “Symptom of the Universe” (1975) jest przez wielu uznawany za fundament thrash metalu. A co na to jeden z muzyków odpowiedzialnych za powstanie death metalu? Zdający się nie pamiętać czasów, kiedy grał w Possessed, Larry La Londe na szczęście nie wymazał z pamięci miłości do Black Sabbath. W 2000 roku wraz z Lesem Claypoolem i Ozzym Osbournem nagrał na potrzeby drugiej części “Nativity In Black” nową wersję “N.I.B.”. O fascynację muzyką kwartetu z Birmingham lepiej nie pytać Chrisa Reiferta. Nie dość, że was wyśmieje, to jeszcze na pewno rzuci jakimś wyjątkowo głupim dowcipem, który zakończy konwersację.

Skąd te wspominki? 40 lat temu młody Tony Iommi zobaczył na ulicy plakat reklamujący film “I tre volti della paura” (w krajach anglojęzycznych znany pod tytułem “Black Sabbath”) z Borisem Karloffem. Niedługo po tym Ozzy Osbourne napisał tekst do utworu o tym samym tytule, a ich zespół zmienił nazwę. Tak narodziła się legenda, bez której muzyka rockowa nie brzmiałaby tak fajnie. Lektura obowiązkowa na dziś: “Master Of Reality”.

Dzisiejsza data zobowiązuje:

Bonfires burning bright
Pumpkin faces in the night
I remember halloween

Dead cats hanging from poles
Little dead are out in groves
I remember halloween

Brown leafed vertigo
Where skeletal life is known
I remember halloween

This day anything goes
Burning bodies hanging from poles
I remember halloween

Candy apples and razor blades
Little dead are soon in graves
I remember halloween

Gdyby nie było Black Sabbath

Zacznijmy od końca. Na pewno nie mielibyśmy okazji katować naszych uszu dronami Sunn O))). Dlaczego? Bo zespół Anderssona i O’Malleya powstał jako hołd dla dowodzonej przez Dylana Carlsona grupy Earth, będącej w pewnym sensie hołdem dla Black Sabbath. Pamiętacie jeszcze jak nazywała się na początku formacja Iommiego?

Nie byłoby też post-metalu, no bo gdzie wylądowaliby muzycy Neurosis, gdyby wcześniej nie usłyszeli „Children of the Grave” (http://en.wikipedia.org/wiki/In_These_Black_Days)? Zapewne dalej graliby dźwięki mocno osadzone w muzyce hardcorowej. Nie że złe, po prostu mniej intrygujące i na pewno nie tak inspirujące. Takiemu Aaronowi Turnerowi zapewne pozostałoby eksperymentowanie w Old Man Gloom i łojenie black metalu w Twilight. O reszcie może lepiej nie wspominać.

Stoner metal? Próżnia doskonała. Żadnego Sleep, Weedeater, Bongzilla czy Acid King. Pójdźmy dalej – Kyuss pewnie grałby jakąś wariację na temat grunge, podobnie jak Monster Magnet, a pomysł założenia Queens Of The Stone Age spaliłby na panewce i Josh Homme musiałby zacząć łoić punk rocka. A’propos grunge – co z Soundgarden i Alice In Chains? Pewnie nic – lato miłości przeciągnęłoby się do połowy lat 90. ubiegłego wieku, nie wzbudzając większego zainteresowania nastolatków na całym świecie.

Największymi bohaterami Dimebaga Darrella byli muzycy Kiss, ale jego gra na pewno nie miałaby takiego kopa, gdyby nie one and only Riffmaster General – Tony Iommi. Docenia to również zawdzięczający dużo Panterze perkusista Chris Adler z Lamb Of God, który powiedział: „Jeżeli ktoś gra heavy metal i twierdzi, że muzyka Black Sabbath nie miała na niego wpływu, to kłamie. Cały heavy metal to w prostej linii kontynuacja Black Sabbath”.

Lata 80. – rodzi się thrash i death metal. Czego słuchali muzycy Metalliki zanim nagrali swoją jedyną płytę („Kill’em All” rzecz jasna :-) )? N.W.O.B.H.M. i Black Sabbath. Macie jakieś wątpliwości co do szacunku, jakim Hetfield i Ulrich darzą Sabbs? To (http://www.youtube.com/watch?v=3l4vsCVqPwE) powinno je rozwiać. Skąd to uwielbienie? Między innymi stąd, że pierwszy riff “Symptom of the Universe” (1975) jest przez wielu uznawany za fragment, który podłożył fundamenty pod thrash metal. A co na to jeden z muzyków odpowiedzialnych za powstanie death metalu? Zdający się nie pamiętać czasów, kiedy grał w Possessed, Lary La Londe na szczęście nie wymazał z pamięci miłości do Black Sabbath. W 2000 roku wraz z Lesem Claypoolem i Ozzym Osbournem nagrał na potrzeby drugiej części „Nativity In Black” nową wersję „N.I.B.”. O fascynację muzyką świrów z Birmingham lepiej nie pytać Chrisa Reiferta. Nie dość, że was wyśmieje, to jeszcze na dodatek rzuci jakiś wyjątkowo głupi dowcip, którym zakończy konwersację.

Wcześniejsze dekady możemy spokojnie ominąć – klonów Black Sabbath było wtedy na pęczki, a wpływ zespołu na swoich kolegów, którzy odnosili jeszcze większe sukcesy komercyjne łatwo dostrzec.

Skąd te wspominki? 40 lat temu młody Tony Iommi zobaczył na ulicy plakat reklamujący film „Black Sabbath” z Borisem Karloffem. Zaraz po tym Ozzy Osbourne napisał tekst do utworu o tym samym tytule. Tak narodziła się legenda, która zmieniła oblicze muzyki rockowej.

Trzęsienie Sło)))ńca

•październik 27, 2009 • 2 komentarzy

Relacja z Unsound

fot. Agnieszka Zwara/handoneye.com

Ptaki, bicie piany i japońskie hity

•październik 20, 2009 • 2 komentarzy

Pelican – “What We All Come To Need”

Post-metal, a zwłaszcza jego instrumentalna odnoga, to poletko zdominowane przez bandę Mamoniów. Gdy zaczynali, towarzyszyło im poczucie, że tworzą coś nowego. Dekadę później sytuacja wygląda trochę inaczej, przy czym “rozwój” to słowo, które muzycy Pelican wymazali ze słownika trzymając wciśnięty “shift” już na wysokości drugiej płyty. I tylko dziwi, że są jeszcze ludzie, którzy się na te ich kłamstewka łapią. “What We All Come To Need”, czwarty krążek amerykańskiej formacji, to tak naprawdę tylko jedna innowacja – wokale w zamykającym album utworze “Final Breath”. Reszcie nie pomogły ani gościnne występy Grega Andersona, ani hiperaktywny ostatnimi czasy Aaron Turner – ich obecność ciężko nawet odnotować. Na domiar złego fajne melodie można policzyć na palcach jednej ręki. Na osłodę pozostała nam niezła okładka, ale marne to pocieszenie. W końcu kto potrzebuje muzyki do odkurzania?

Mad Love – “White With Foam”

Piana na ustach, czyli historyczna pierwsza wpadka Ipecac. W 2009 roku z logiem wytwórni ukazały się takie krążki, jak choćby Zu “Carboniferous”, “Sax Ruins” Yawiquo, remiksy Melvins, czy nawet najsłabsza w tym towarzystwie, ale jednak wciąż trzymająca poziom premierowa produkcja Isis. Mając to na uwadze, debiut Mad Love sprawia wrażenie przaśnego żartu, czegoś w stylu pierdnięcia na imprezie u prezydenta. Trochę Lacuna Coil, jeszcze więcej H.I.M. z czasów Viva Zwei i szczypta wieśniackiego nowego prog rocka. Oto co próbuje nam wciskać Mike Patton. Zamiast zbijać kasę na reunion Faith No More, powinien poświęcić trochę więcej czasu na poszukiwanie nowych zespołów i jak najszybciej zapomnieć o tym pijackim zauroczeniu. Szkoda tylko, że pod albumem podpisał się Trevor Dunn…

Boris – “Japanese Heavy Rock Hits #1″

Cover features the controversial photo (ala Cold Lake era Celtic Frost!) of Atsuo” – to co prawda opis drugiej części serii 7″ EP-ek Boris “Japanese Heavy Rock Hits”, ale całkiem sporo mówi o całym przedsięwzięciu. Pamiętacie jeszcze te hairmetalowe wycieczki, jakie Japończycy urządzili nam na ubiegłorocznym “Smile”? Cóż, tym razem rozwalą Wasze głośniki. Dosłownie. Chyba, że przeczytacie ten spoiler i powstrzymacie się od pogłośnienia wyciszonego wstępu do “8″. Odstawmy na bok gitarowe drone’y, które powoli odchodzą w zapomnienie. Pierwszą część “Japanese Heavy Rock Hits” zdominowały szybkie tempa i wokale, które mogły zostać nagrane tylko przez Japończyka. Melvins coverujący Motley Crue? Śmieszne, ale prawdziwe. I na dodatek całkiem zjadliwe.