Archive for czerwiec, 2008

Skin of the Night

czerwiec 21, 2008
Między przygodami z Czesiem, tatuażami (o tym już niebawem) i… przyznaję, jestem leniwy i nie chce mi się wysilać, więc niech będzie math rockiem, postanowiłem powrócić na chwilę do nowej płyty francuskiego projektu M83, “Saturdays=Youth”. Album, choć sam w sobie prześliczny, w zasadzie można sprowadzić do jednego genialnego kawałka, “Skin of the Night”. Za produkcję krążka odpowiadają: Ken Thomas (m.in. Sigur Rós, The Sugarcubes, Boys in a Band, Cocteau Twins i Suede) i Ewan Pearson (Tracey Thorn, The Rapture i Ladytron). Na potrzeby tej notki zatrzymamy się przy tym pierwszym nazwisku. Choćby tylko ze względu na nazwę Cocteau Twins i EP-kę “Aikea-Guinea”, przy której pracował wraz z Elisabeth Fraser i Robinem Guthriem. Choć materiał zwiastował koniec najbardziej twórczego okresu w karierze brytyjskiej grupy (ten nastąpił wraz z wydaniem “Blue Bell Knoll” trzy lata później), stanowił też świadectwo niebywałego talentu jego autorów do komponowania chwytających za serce melodii i kapitalnych rozwiązań produkcyjnych. Nie był to tylko jednorazowy wypadek przy pracy i ponad dekadę później mamy szansę na nowo odkrywać spuściznę Cocteau Twins, choć tym razem po drugiej stronie kanału La Manche. “Skin of the Night” to podróż w czasie do połowy lat 80. i bogatego katalogu wytwórni 4AD. Uwagę zwracają przede wszystkim oszczędne, choć niebywale zapadające w pamięć partie wokalne Morgan Kibby, ale też aranżacje, jakich próżno obecnie szukać u artystów parających się synth popem (choć takie określenie w przypadku “Saturdays=Youth” byłoby sporym niedopowiedzeniem). No i sam tekst, na pierwszy rzut oka bardzo licealny:

She digs her nails into her naked chest
Miles of veins fan out like a road map
She pulls back the skin to show her ribs
That twinkle like shooting stars

Królowie są nadzy

czerwiec 15, 2008

Po ostatnich koncertowych wojażach (m.in. rewelacyjna Metallika, Napalm Death i Pro-Pain), przyszła pora na kilka płytowych nowości. Niestety, tym razem w domu czekało na mnie więcej rozczarowań niż miłych niespodzianek. Strajk pocztowców, który zaliczam do tej pierwszej kategorii, to temat na osobną notkę, więc pozwolę sobie pominąć go milczeniem.

Na nowy album Judas Priest czekałem z niecierpliwością, bo pomijając festynową otoczkę (bądźmy szczerzy - skóry z ćwiekami i kiczowate harleye sprawdzają się obecnie przede wszystkim jako rekwizyty zespołów w stylu Turbonegro, czy w barze “Pod Błękitną Ostrygą”), Brytyjczycy do tej pory byli gwarancją klasycznego i rewelacyjnie zagranego heavy metalu. Trochę “vintage” jak mawiają ich rodacy, ale miało to swój urok. Choć zapowiedzi albumu “Nostradamus” mogły niepokoić, katastrofy takich rozmiarów zapewne nikt się nie spodziewał. Dwie płyty i 23 utwory o łącznym czasie trwania przekraczającym 90 minut to spora dawka, nawet dla die-hard fanów heavy metalu, lecz najgorszy w tym przypadku jest sam zamysł płyty, nie mówiąc już o jego realizacji. “Nostradamus” to concept-album, mający w założeniu być dźwiękową ilustracją życia słynnego wizjonera. Pompatyczny, marnie wyprodukowany (uwaga na partie “orkiestrowe”) i, co najgorsze, potwornie nudny. Dobrych riffów tu jak na lekarstwo, Halford próbuje robić coś, co mu nie wychodzi, a Tipton i Downing, miast onieśmielać młodych gitarzystów efektownymi pojedynkami, wymyślają bezbarwne tła dla rubikopodobnych psuedosymfonii. Po całkiem niezłym “Angel Of Retribution” można się było spodziewać czegoś znacznie lepszego, a nie tylko wariacji na temat zamykającego całość żałosnego “Lochness”. A teksty? Na pewno spodobają się fanom rymów częstochowskich…

Podobną, choć może trochę mniej kompromitującą sytuację można zaobserwować na przykładzie nowej płyty Venom. Cronos najwidoczniej nie może zrozumieć, że powinien zwinąć interes zaraz po wydaniu “Resurrection” i uparcie próbuje wcisnąć klasyczną formułę “Black Metal” w ramy współczesnej muzyki metalowej. Wychodzi tak sobie. W tym składzie Venom raczej nie jest w stanie nagrać nic porywającego, więc muzycy po prostu odwalają swoje, licząc na przychylność zwolenników klasycznych płyt, nagranych niemal trzy dekady temu. Wychodzi im to tak, że spokojnie mogliby nosić gitary za chamami z norweskiego Aura Noir. Zakrawa to na bluźnierstwo? Cóż, “Hell” chyba bardziej.

Po tych rozczarowaniach ciężko lepiej poprawić sobie nastrój niż przy pomocy nowego Nachtmystium. USBM, dając sobie spokój z eksploatowaniem do granic możliwości spuścizny My Bloody Valentine i Slowdive, powraca ze zdwojoną siłą. “Assassins: Black Meddle, Part 1″, czwarty album chicagowskiej formacji, robi wrażenie już samą okładką, bardziej pasującą do stonerrockowego zespołu nagrywającego dla Southern Lord, niż do mrocznych blackmetalowców. Ale zaraz, czy ich muzykę można jeszcze nazywać black metalem? - We want to assassinate all these preconceived notions about where the metal community feels we belong in music and want to do our own thing. And what we do is black meddle - tłumaczy Blake Judd. Nie kłamie, bo “Assassins” to nowa jakość, jeżeli chodzi o ekstremalny metal. W zasadzie ciężko powiedzieć czego tu brakuje, bo Amerykanie odważyli się tym razem skorzystać nawet z usług saksofonisty. W połączeniu z klasycznymi, heavymetalowymi riffami i blackmetalowym zacięciem, robi to potężne wrażenie. Teraz pozostaje tylko czekać na odpowiedź Xasthur.