Królowie są nadzy

Po ostatnich koncertowych wojażach (m.in. rewelacyjna Metallika, Napalm Death i Pro-Pain), przyszła pora na kilka płytowych nowości. Niestety, tym razem w domu czekało na mnie więcej rozczarowań niż miłych niespodzianek. Strajk pocztowców, który zaliczam do tej pierwszej kategorii, to temat na osobną notkę, więc pozwolę sobie pominąć go milczeniem.

Na nowy album Judas Priest czekałem z niecierpliwością, bo pomijając festynową otoczkę (bądźmy szczerzy – skóry z ćwiekami i kiczowate harleye sprawdzają się obecnie przede wszystkim jako rekwizyty zespołów w stylu Turbonegro, czy w barze “Pod Błękitną Ostrygą”), Brytyjczycy do tej pory byli gwarancją klasycznego i rewelacyjnie zagranego heavy metalu. Trochę “vintage” jak mawiają ich rodacy, ale miało to swój urok. Choć zapowiedzi albumu “Nostradamus” mogły niepokoić, katastrofy takich rozmiarów zapewne nikt się nie spodziewał. Dwie płyty i 23 utwory o łącznym czasie trwania przekraczającym 90 minut to spora dawka, nawet dla die-hard fanów heavy metalu, lecz najgorszy w tym przypadku jest sam zamysł płyty, nie mówiąc już o jego realizacji. “Nostradamus” to concept-album, mający w założeniu być dźwiękową ilustracją życia słynnego wizjonera. Pompatyczny, marnie wyprodukowany (uwaga na partie “orkiestrowe”) i, co najgorsze, potwornie nudny. Dobrych riffów tu jak na lekarstwo, Halford próbuje robić coś, co mu nie wychodzi, a Tipton i Downing, miast onieśmielać młodych gitarzystów efektownymi pojedynkami, wymyślają bezbarwne tła dla rubikopodobnych psuedosymfonii. Po całkiem niezłym “Angel Of Retribution” można się było spodziewać czegoś znacznie lepszego, a nie tylko wariacji na temat zamykającego całość żałosnego “Lochness”. A teksty? Na pewno spodobają się fanom rymów częstochowskich…

Podobną, choć może trochę mniej kompromitującą sytuację można zaobserwować na przykładzie nowej płyty Venom. Cronos najwidoczniej nie może zrozumieć, że powinien zwinąć interes zaraz po wydaniu “Resurrection” i uparcie próbuje wcisnąć klasyczną formułę “Black Metal” w ramy współczesnej muzyki metalowej. Wychodzi tak sobie. W tym składzie Venom raczej nie jest w stanie nagrać nic porywającego, więc muzycy po prostu odwalają swoje, licząc na przychylność zwolenników klasycznych płyt, nagranych niemal trzy dekady temu. Wychodzi im to tak, że spokojnie mogliby nosić gitary za chamami z norweskiego Aura Noir. Zakrawa to na bluźnierstwo? Cóż, “Hell” chyba bardziej.

Po tych rozczarowaniach ciężko lepiej poprawić sobie nastrój niż przy pomocy nowego Nachtmystium. USBM, dając sobie spokój z eksploatowaniem do granic możliwości spuścizny My Bloody Valentine i Slowdive, powraca ze zdwojoną siłą. “Assassins: Black Meddle, Part 1″, czwarty album chicagowskiej formacji, robi wrażenie już samą okładką, bardziej pasującą do stonerrockowego zespołu nagrywającego dla Southern Lord, niż do mrocznych blackmetalowców. Ale zaraz, czy ich muzykę można jeszcze nazywać black metalem? – We want to assassinate all these preconceived notions about where the metal community feels we belong in music and want to do our own thing. And what we do is black meddle – tłumaczy Blake Judd. Nie kłamie, bo “Assassins” to nowa jakość, jeżeli chodzi o ekstremalny metal. W zasadzie ciężko powiedzieć czego tu brakuje, bo Amerykanie odważyli się tym razem skorzystać nawet z usług saksofonisty. W połączeniu z klasycznymi, heavymetalowymi riffami i blackmetalowym zacięciem, robi to potężne wrażenie. Teraz pozostaje tylko czekać na odpowiedź Xasthur.

~ przez matziek w dniu czerwiec 15, 2008.

Napisz odpowiedź