Witamy w prawdziwym świecie…

…czyli o tym, jak boli powrót do pracy po dłuższym urlopie i jak umilić sobie zderzenie z rzeczywistością.

Tysiące maili, z których spora część to całkiem zabawny spam (“Obama on tour in Europe” to tylko jeden z przykładów), zaległe sprawy, które wystarczająco długo czekały na swoją kolej i setki rzeczy, które wydarzyły się podczas kilkunastu dni, kiedy człowiek starał się trzymać z dala od komputera, a o których trzeba wiedzieć. Ten przypominający dzień świstaka opis to niestety pourlopowa rzeczywistość, której większość z nas musi stawić czoła po dłuższym odpoczynku.

I pomyśleć, że jeszcze kilka dni temu jedynym poważnym zmartwieniem był dylemat, co człowiek zje wieczorem z grilla i jakim popije to piwem. Urlop, choćby trwał nawet trzy tygodnie, zawsze na koniec okazuje się za krótki. I nie ma znaczenia, czy spędziło się go pływając w ciepłym morzu kilka tysięcy kilometrów od domu, czy wypoczywając na łonie natury w polskich górach, gdzie telefonia komórkowa nie zawsze działa. Dla miłośnika muzyki urlop jest również dobrą okazją do tego, by odkurzyć ulubione płyty, na które brakowało czasu w pędzie życia codziennego i delektować się świetnie znanymi piosenkami, których tak naprawdę można słuchać w nieskończoność.

W tym roku do plecaka zapakowałem między innymi “London Calling” The Clash, ostatnią jak dotąd składankę najlepszych utworów Morrisseya, “Beyond Good And Evil” The Cult, “1916″ Motorhead oraz wybrane pozycje z dyskografii Bowiego i Danziga, które nieszczęśliwie przeleżały ładnych kilka dni w samochodowej skrytce. Z cięższych brzmień nie mogło zabraknąć “Slaughter Of The Soul” At The Gates, Mastodon i Disfear. Gdzieś zaplątał się jeszcze zagubiony Pelican, a honoru powracającego po latach do łask trip hopu mężnie bronił Tricky. Nie spodziewałem się jednak, że po powrocie do rzeczywistości czekać na mnie będzie tak miła niespodzianka, jaką jest nowy krążek skandalicznie niedocenianego amerykańskiego zespołu Harvey Milk. Ta pochodząca z Atlanty eksperymentalna grupa, mimo dość długiej kariery (lata 1992-1998 oraz 2006-do teraz) ma na swoim koncie niewiele wydawnictw, z których zapewne najbardziej znanym jest wydany ostatnio ponownie przez Relapse album Courtesy And Good Will Toward Menz 1995 roku. Mogło wam się też obić o uszy, że w składzie Harvey Milk jakiś czas temu pojawił się Joe “grałem kiedyś w Melvins” Preston. Co świadczy o wyjątkowości tego zespołu? Przede wszystkim niebywała umiejętność operowania brzmieniem. To tak, jakby Sunn O))) zaczął nagle grać covery Melvins. Muzycy wśród swoich inspiracji chętniej wymieniają jednak Leonarda Cohena i ZZ Top. Jest mocne uderzenie, hipnotyczny trans i bardzo specyficzne poczucie humoru. Dowód? Sprawdźcie, kim był Harvey Milk. Nowy album Amerykanów ukazał się nakładem niezastąpionej Hydra Head, co oznacza, że powinien być niebawem dostępny również i u nas.

~ - autor: matziek w dniu lipiec 29, 2008.

Dodaj komentarz