Presley Lives Noraa
Teraz trzeba tylko znaleźć Norę
Ten tekst sympatycznego futrzaka z planety Melmac (Gordon Shumway, anyone?) posłuży za wstęp do krótkiej notki o jednym z największych gwiazdorów muzyki popularnej wszech czasów. Dzięki stacji TCM miałem przyjemność spędzić niedzielne popołudnie oglądając przez kilka godzin różnorakie popisy Króla. Te lepsze i te gorsze, bo oprócz genialnego filmu dokumentującego występy Presleya w amerykańskiej Świątyni Rozpusty (“Elvis taki właśnie był”), stacja zaprezentowała również fabułę “Jailhouse Rock”, która wydaje się być niezłym dowodem na to, że Elvis przed kamerą owszem, ale tylko jeśli śpiewa.
“Elvis taki właśnie był” to film dwukrotnego laureata Oscara, Denisa Sandersa, dokumentujący trzeci sezon występów Presleya w Las Vegas. Mogłoby się wydawać, że u schyłku kariery Król nie miał już problemów z tak prozaiczną przypadłością nękającą artystów estradowych, jaką jest trema. Otóż nic bardziej mylnego – już na początku z rozbrajającą szczerością neguje swoje boskie pochodzenie. Chwilę po tym wychodzi jednak na scenę i z łatwością hipnotyzuje setki zebranych wokół restauracyjnych stolików widzów. Nie tylko słynnymi przebojami (a tych, jak dobrze wiemy, miał bez liku), ale również nieziemską charyzmą i humorem. Na dodatek, jak przystało na klasycznego amanta, podczas “Love Me Tender” wycałował dziesiątki napalonych niewiast w różnym wieku. Najważniejszym elementem tego widowiska była jednak muzyka. Towarzyszący big band doskonale wzbogacił brzmienie presleyowskich klasyków, a grający na gitarze prowadzącej James Burton dał taki popis, że niewielu współczesnych rockowych wymiataczy byłoby w stanie go powtórzyć. Nie o technikę bowiem chodzi, a o “feeling”
Występ dodatkowo wzbogaciły nowe wersje “You Don’t Have to Say You Love Me” oraz “Bridge Over Troubled Water”, przy którym automatycznie przypomniał mi się równie nieodżałowany Johnny Cash.
“Jailhouse Rock” to trzeci film z Presleyem w roli głównej. Wyjąwszy wielki przebój o tym samym tytule, można go z czystym sumieniem wrzucić do szufladki z napisem “szkoda czasu”. Chyba, że kogoś zadowoli widok młodzieńczego torsu Elvisa, ale domyślam się, że może to dotyczyć tylko żeńskiej widowni
Marny scenariusz i nienajlepsze aktorstwo to czynniki, które mogą położyć nawet najdroższą produkcję. Dodajmy do tego Króla, który w momencie kręcenia “Jailhouse Rock” nie miał zbyt dużego doświadczenia w pracy na planie i… lepiej posłuchać ścieżki dźwiękowej, która, co ciekawe, ukazała się w formie EP-ki. Zresztą okoliczności towarzyszące filmowi są znacznie ciekawsze niż on sam.

Dodaj komentarz