czekanie
Czyli czynność, która nieodłącznie wiąże się zarówno z zawodem dziennikarza, jak i muzyka. Ci pierwsi godzinami czekają na rozkapryszonych grajków, którzy najczęściej nie mają ochoty porozmawiać nawet przez dziesięć minut (co ciekawe, spora część nie rozumie, że dziennikarz rzadko kiedy robi wywiad tylko dla siebie), a ci drudzy marnują czas próbując ustawić odpowiednie brzmienie przez kilka godzin przed występem, by zaraz po wyjściu na scenę na nowo rozpocząć batalię z niekumatym nagłośnieniowcem. Tym razem będzie o przeprowadzaniu wywiadów z muzykantami. Historii mógłbym opowiedzieć całkiem sporo, ale z biegiem lat zaczynam zauważać jedną ciekawą zależność – im bardziej popularny rozmówca, tym milszy człowiek. Oczywiście zamieszanie wokół ustawienia wywiadu może okazać się kłopotliwe, ale sama konwersacja najczęściej rekompensuje te trudy.
Jedną z najbardziej sympatycznych osób, z którymi dane mi było porozmawiać, była Yoko Ono. Wywiad miał miejsce na krótko po premierze niezłej płyty “Yes, I’m a Witch”, a o możliwości rozmowy z artystką dowiedziałem się niecałe 24 godziny przed planowanym terminem. Nerwy były więc ogromne, a selekcja kilku pytań ze zbioru kilkudziesięciu (“Pamiętaj: żadnych pytań o Lennona!” – takie ostrzeżenie dostałem wcześniej) nie należała do najprostszych. Czas przeznaczony dla pismaka z jakiegoś polskiego portalu też nie napawał optymizmem – dostało mi się jedynie 10 minut. Na szczęście Yoko nie należy do osób, które odpowiadają jednym słowem, a na dodatek wywiad (na jej życzenie) przedłużył się o pięć minut. Uczucie zawodowego spełnienia spieprzyli jednak nazajutrz blackmetalowcy z Norwegii, którym w głowie tylko trzepanie kasy na produkowaniu bielizny z logo swojego zespołu. Pomijam już fakt, że wokalista rozłączał się co parę minut, ale w końcu w norweskich lasach mogą mieć słaby zasięg
Niezbyt miło wspominam też próbę ustawienia wywiadu na jednym z letnich festiwali z popularną polską piosenkarką, do której ciężej się było dostać niż do Jonathana Davisa po koncercie w Spodku. Po licznych zapewnieniach, że owszem, chętnie porozmawia po występie, spędziłem kilkadziesiąt minut siedząc bezczynnie w niezbyt wygodnym fotelu. Ot, wyjątek potwierdzający postawioną na początku tej notki tezę.
Brawo dla pana Zimermana za akcję w LA. Polecam przeczytać kilka komentarzy pod tekstem na stronie NYT. Pamiętajmy, że nie tylko walczący rockmani mają prawo do wyrażenia swojego zdania podczas koncertu. à propos rockmanów – NME będzie chyba miało niezły zgryz z nowym, chamsko stadionowym singlem The Enemy. Chyba, że nagle okaże się, iż takie piosenki jednak są “cool”.
W odtwarzaczu: Blindead – “Impulse”, Black Math Horseman – “Wyllt”, The Kills – “Black Baloon”, Bob Dylan – “Together Through Life”

Z drugiej strony – i muzyk czasem poczeka na dziennikarza. Kiedyś w Przekroju zmusiliśmy Roberta Wyatta do 40-minutowego czekania, aż poradzimy sobie z telefonem/dyktafonem (i tak miał świetny humor i dał mi dobre trzy kwadranse). Z kolei w ostatnią środę Jason Pierce aka Spiritualized czekał sobie, aż pan menedżer da mi właściwy numer (bo dziwnym trafem mieliśmy do menedżera właśnie).
Byle tylko jedni i drudzy mieli do siebie cierpliwość…
W całej akcji Zimermana (trochę się naprodukowałem tutaj ) najbardziej podobało mi się błyskotliwe: “Niektórzy zaczynają maszerować na samo słowo «wojsko»”.
o, telefony do menedżerów to też dobra historia. Największe przeboje miałem chyba z Battles, ich menedżerem i podróżą przez kanał La Manche, gdzie telefonia komórkowa odmawia posłuszeństwa, a muzycy podczas rozmowy muszą wcinać obiad
))