Piraci ze Szwecji: klątwa Europarlamentu
Przegrany przez twórców The Pirate Bay proces zaowocował korzystnym wynikiem wyborów dla szwedzkiej Partii Piratów (Piratpartiet), która wprowadzi do Parlamentu Europejskiego dwóch członków.
- Czujemy, że złapaliśmy wiatr w żagle. Widzieliśmy oczywiście wcześniej sondaże, ale dziś jest zupełnie inaczej – widzimy prawdziwe wyniki na ekranie (…). Razem zdołaliśmy zmienić krajobraz europejskiej polityki. Nie ważne, jak skończy się ta noc – zmiana już nastąpiła – mówił serwisowi TorrentFreak Rick Falkvinge, lider ugrupowania, zaraz po ogłoszeniu wstępnych wyników – czytamy na stronach portalu Gazeta.pl.
Zmienili? Krajobraz polityki? Bzdura. Tym większa, że nawet gdyby to był tylko błąd w tłumaczeniu, we dwójkę panowie na zbyt wiele sobie w Brukseli nie pozwolą, poza brataniem się z podobnymi sobie ziomalami. Poza tym Szwecja to inny kraj niż np. Francja, więc działania piratów może i wydają się interesujące, ale tylko na ich własnym podwórku. Napisałem “interesujące”, ale pamiętajmy, że wszystko zmierza do jednego – darmowego dostępu do kultury. Co może samo w sobie jest pociągające, ale tylko jednostronnie i na dodatek na krótką metę. Bo niby z czego artyści mieliby się utrzymywać, jeżeli każdy miałby możliwość ściągnąć sobie legalnie płytę za darmo w plikach? Z koncertów, powiecie. Ale co, jeżeli na granie koncertów nie mieliby czasu, zajmując się zarabianiem na chleb od 9 do 17? Zawsze przecież można sprzedać piosenkę na potrzeby reklamy. Tylko ilu takich szczęśliwców znamy? Tę wyliczankę można jeszcze długo kontynuować i pewnie każdy będzie miał swoje argumenty, ale zwróćmy uwagę na jedno – Szwedom wyjątkowo spodobało się słowo “piractwo”. Czyli innymi słowy kradzież. To coś, co naszym rodakom nie przychodzi łatwo. Boimy się nazywać rzeczy po imieniu, bo nie “pożyczamy”, nie “testujemy”, ale właśnie kradniemy. Kierując się takim myśleniem mógłbym sobie pójść do salonu Mercedesa i “pożyczyć” jakiś najnowszy model, żeby tylko “przetestować”, jak sprawdziłby się na wakacjach w Chorwacji. Brzmi ładnie? Na pewno miły pan za ladą by mi zaufał
W odtwarzaczu: Masachist – “Death March Fury”, Thelonious Monk – “Alone in San Francisco”, “The Limits Of Control” – O.S.T., Eels – “Hombre Lobo”.

“Bo niby z czego artyści mieliby się utrzymywać, jeżeli każdy miałby możliwość ściągnąć sobie legalnie płytę za darmo w plikach?”
spora liczba kapel, których słucham i ja i zapewne Ty, nie utrzymuje się li tylko ze sprzedaży płyt przecież. najlepszy przykład jaki do głowy mi teraz przychodzi to neurosis, żeby się nie zagłębiać w uderground. no a z polskich twórców na palcach jednej ręki można zapewne policzyć kapele, które mają kasę z muzykowania (mowa o ‘metalu’). z ‘darmowym dostępem do kultury’ było by zapewne jak z ‘darmową opieką medyczną’.
kwestia tego, czy państwo ułatwia twórcom możliwość działania (jak w skandynawii) czy ma inne priorytety
a z sanfordem mnie nie strasz, ma nowe orange goblin produkować chyba, mam nadzieję, że nie zjebie
Tam dalej w tekście masz kilka możliwości rozwinięcia tej dysputy, która tak naprawdę mogłaby się ciągnąć do usranej śmierci jednego z dyskutantów
Sanford spieprzył i są duże obawy, że nie jest takim fachowcem, za jakiego zwykliśmy go uważać. Więcej opowiem jak się spotkamy