Dwa dni z łomotem
Na pierwszy ogień poszedł Down, w dodatku w moim rodzinnym mieście. Zespół, do którego nie miałem wcześniej szczęścia (ominął mnie ubiegłoroczny koncert w Warszawie), a który nie splamił się jeszcze słabym krążkiem (w takim składzie jest to raczej niemożliwe). W grę wchodziły też osobiste sentymenty – chyba mam jeszcze gdzieś bilet na katowicki koncert w ramach trasy Tattoo The Planet z 2001 roku. Zapowiadany wówczas skład był imponujący, przy czym główne skrzypce mieli grać Slayer i Pantera. Pech jednak chciał, że akurat we wrześniu dwa samoloty wbiły się w wieże World Trade Center, co z kolei miało również wpływ na to, że muzycy postanowili nie opuszczać Stanów Zjednoczonych. Jakiś czas później Dimebag został zastrzelony i… na tym skończyły się moje marzenia o zobaczeniu Pantery na żywo. Występ Down był więc dla mnie jakąś namiastką tego koncertu.
Kilkanaście miesięcy wcześniej miałem okazję porozmawiać z Reksem Brownem i nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że o chęci zagrania w Polsce wypowiadał się w taki sam sposób jak większość zagranicznych artystów. Czas pokazał, że albo wiedział co mówi, albo rzeczywistość sprawiła, że jego słowa okazały się prawdziwe. Przyjęcie, jakie zgotowano muzykom w Krakowie, było rewelacyjne. Sam występ też można zaliczyć do bardzo udanych – były wyczekiwane przeze mnie “Stone The Crow”, “On March The Saints” i “Bury Me In Smoke”. Był hołd dla Led Zeppelin i słynne “napierdalać!!!”, które Amerykanie źle zrozumieli w stolicy. W poniedziałek na szczęście jakiś życzliwy człowiek wytłumaczył zdziwionemu Philowi, co ten zwrot oznacza
))
Wyjazd na Nine Inch Nails do Poznania przypłaciłem poważnym zmęczeniem materiału i pokaźnym deficytem snu – Kraków pożegnałem już o 6 rano we wtorek, przy czym decyzja o podróży PKS-em o dziwo okazała się świetnym wyborem, za co raz jeszcze muszę podziękować Jarkowi
Miejsce na koncert rewelacyjne, choć tym, którzy zdecydowali się na tańszą opcję, szczerze współczuję. Pomysł podzielenia terenu Targów na dwie części ciężko zaliczyć do trafionych. Na rozgrzewkę organizatorzy wypuścili NRD-owską wersję Reznora, czyli Aleca Empire. I o ile bardzo lubię Atari Teenage Riot i wybrane płyty z jego solowej dyskografii, o tyle na żywo nie wypadł przekonująco. Oczywiście, niewdzięczne zadanie supportowania NIN spokojnie można porównać z tym, co grozi kapelom otwierającym koncerty Slayera, ale spodziewałem się czegoś więcej niż rubasznego techno z remizy i opowieści o dziadku zabitym przez nazistów.
Nie należę do wielkich fanów NIN, ale “The Downward Spiral” zajmuje na mojej półce z płytami honorową pozycję. Wszystko przez to, że lata temu, pacholęciem jeszcze będąc (na wysokości premiery wspomnianej płyty), dałem się wyprać dziennikarzom “Roling Stone’a” i od tej pory poczynania Reznora śledzę z dużym zainteresowaniem. Na pierwszym (i ostatnim?) koncercie w Polsce nie zabrakło kawałków z tego albumu – były m.in. “March Of The Pigs”, “Mr. Self Destruct” i najbardziej przeze mnie wyczekiwany “Hurt”. Oprawa sceniczna była zaledwie namiastką tej z trasy Lights In The Sky, ale i tak zrobiła ogromne wrażenie, podobnie jak brzmienie, które było rewelacyjne. Oczywiście można mieć zastrzeżenia zarówno do kilku pozycji z setlisty (przeklęte “Ghosts” i brak “Closer”) i pewnej oczystiwej wtopy (“It was a remixed version!”), ale takie momenty, jak choćby “I’m Afraid Of Americans” czy wspomniane “Hurt” i “Wish”, w pełni to zrekompensowały. Kto nie widział, ten przegrał życie.
Dżej, wielkie dzięki! Najlepszego!

jak ‘hurt’ to tylko johny cash i nie ma chuja we wsi
a jak Anselmo, to tylko Arson Anthem, tak?
jak anselmo to jeszcze ewentualnie superjoint ritual albo necrophagia, reszta jest dla pozerów
My pleasure, man. Czego Ty chcesz od tych “Ghosts”? Przecież to nie after-death metal.
Co wy się tak z tym NRD uparliście? Alec Empire urodził się w RFN…
dokładnie to, o czym Ci mówiłem – muzyka środka. środka dupy
Ale że made in China? Bo chyba nie rozumiem.
Nie czuję też tego skryptu – piszę komentarz, a ten skurczybyk pojawia się kilka dni po fakcie. Blah.
też tego nie rozumiem – część komentarzy wymaga zatwierdzenia przeze mnie, a pozostałe od razu pojawiają się na stronie. pewnie taka cenzura wordpressowa