Rock’n'roll revival
The Nitwitz – “Sex, Lies and Duct Tape”
Jeżeli nazwa The Nitwitz nic wam nie mówi, to niewielką podpowiedzią powinien być wydany w 1998 roku winylowy split z Hellacopters, uroczo zatytułowany “Rock & Roll Jihad”. Podobnie jak w przypadku nieodżałowanych Szwedów, tutaj też mamy do czynienia z beztroskim i cholernie przebojowym rock’n'rollem głęboko zakorzenionym w chlubnej tradycji MC5. The Nitwitz powstali pod koniec lat 70., u szczytu popularności punk rocka, ale album “Sex, Lies and Duct Tape” został nagrany 27 lat później, gdy holenderscy muzycy mogli już się pochwalić pokaźnymi brzuchami, kilkoma siwymi włosami i niezwykłym jak na zespół grający taką muzykę stażem. To podręcznikowy przykład zastosowania słynnej zasady “trzy akordy, darcie mordy” w piosenkowej formule. Na dodatek jest się z czego pośmiać – takie tytuły, jak choćby “Totalitarian Rock’n'Roll” i “The Ballad Of Benito Gasollini” mówią same za siebie. The Nitwitz nie mieli jednak szczęścia, na jakie zasługiwali, a może po prostu nie zabiegali o sławę. To, że ktokolwiek jeszcze o nich pamięta jest przede wszystkim zasługą Nickego Anderssona, który z muzykami The Nitwitz przez jakiś czas grał w grupie The Hydromatics.
The Hydromatics – “Parts Unknown”
Początkowo miała to być tylko niewinna zabawa w coverowanie Sonic’s Rendezvous Band. Skończyło się na kilku świetnych krążkach z paroma premierowymi kawałkami. Bardzo rock’n'rollowymi i w wielkim stylu odwołującymi się do klasyki. Za perkusją zasiadł Nicke Andersson, a przez zespół przewinęły się jeszcze takie osobistości, jak choćby Scott Morgan (wokal, gitara, Sonic’s Rendezvous Band), Tony Leeuwenburgh (gitara, The Nitwitz), Theo Brouwer (bas, The Nitwitz) i Kent Steedman (gitara). Dlaczego akurat “Parts Unknown”? Bo to rewelacyjny debiut, kipiący od energii, z utrzymaniem której Hydromatics miewali problemy na późniejszych krążkach. No i powstał zaledwie po trzech klubowych koncertach, a brzmi jakby nagrał go zespół z kilkunastoletnim stażem. Pomiędzy nawałnicami gangsterskich riffów i wyjątkowo chwytliwych refrenów znalazło się nawet miejsce na… partie saksofonu, co można potraktować jako zapowiedź późniejszej fascynacji Anderssona soulem i r’n'b, którą obecnie kultywuje w The Solution.
Dollhouse – “The Royal Rendez-Vous”
“In my opinion one of the best live bands on the planet today. You often hear about bands sounding like The Stooges/MC5 (funny ’cause The Stooges never really sounded like the MC5 did they?) but here’s a band that actually sounds a bit like both. Soul/R&B drenched high energy rock & roll to the max”. To słowa głównego bohatera dzisiejszego wieczoru, który w ten nieskromny sposób chwali swoje dzieło. Ale żeby uciszyć złośliwców – Andersson nie zagrał na tej płycie, tylko odpowiada za jej produkcję. Ma skurczybyk nosa, trzeba mu przyznać, choć ze stwierdzeniem, że Dollhouse brzmią jednocześnie jak Stooges i MC5 można polemizować. Nie zdecydował się na to Michael Davis (Motor City Five), który beztrosko stwierdził, że Dollhouse brzmią tak, jak “MC5 zawsze chcieli, ale nie udało im się, bo nie dotarastali w latach 90. w Szwecji”. Dollhouse na pewno powinni otrzymać nagrodę za największą liczbę płyt ze słowem “rock” w tytule. Ciekawostka – promujący kolejny krążek kawałek “Oh My Love” został wybrany piosenką dnia na stronie internetowej “Classic Rocka”. A oni rzadko się mylą.

Dodaj komentarz