“It’s certainly a lovely, beautiful album. the only problem is, after it’s over, I don’t remember much about it” – to jeden z komentarzy na temat “jednej z najlepszych płyt 2011 roku”, czyli dwójki Bon Iver. Ale czy przypadkiem nie da się go podpiąć do większości tegorocznych premier? A jeżeli tak, to czy mówi on więcej o nas, czy o samych płytach?
Pamięć, w obliczu rosnącej liczby nowych albumów, EP-ek, mikstejpów, które są dostępne zaledwie kilka kliknięć od strony startowej przeglądarki, musi zawodzić. Nie chodzi tu tylko o przytłaczającą liczbę plików/płyt, ale również (a może przede wszystkim) o sposób, w jaki z nich korzystamy, zawsze jako tło do innej czynności. Przygoda (w większości przypadków) kończy się więc po pierwszym, bardzo nieciekawym kontakcie.
A teraz wyobraźcie sobie premierowy odsłuch w takich warunkach Sylviana, czy dowolnego Elliota. Co Wam zostanie w głowie? Jakie niuanse wyłapiecie? Zapamiętacie tytuły piosenek? A może zaintryguje Was sposób, w jaki zostały nagrane instrumenty perkusyjne?
Entropia przestała się rozpędzać. Hula już w najlepsze na najwyższych obrotach. Lista “the best of” przygotowana w tym roku za dwanaście miesięcy będzie wyglądała zupełnie inaczej.
W zestawieniu najlepszych płyt minionej dekady na p4k większość pozycji z pierwszej dziesiątki ukazała się w latach 2000-2004. Może to oznaczać, że coraz trudniej jest nam doceniać bieżące wydawnicta (klasyk musi w końcu przetrwać próbę czasu) i żyjąc “teraz” bardziej cenimy “kiedyś”. Idąc dalej tym tropem, mogłoby się okazać, że rok 2011 był bardzo słaby, jeżeli chodzi o jakość muzyki, co oczywiście nie jest prawdą.
Największymi wrogami muzyki są pośpiech i powierzchowność. Między innymi dlatego nie publikuję rocznych zestawień najlepszych płyt.


Zawsze przy podsumowaniu można przyjąć kryterium “wrzucam tylko te płyty, które zapamiętałem”;)) Co nie zmienia faktu, że masz rację…
poza tym: http://n.pr/tOOn7E