Skin of the Night
czerwiec 21, 2008She digs her nails into her naked chest
Miles of veins fan out like a road map
She pulls back the skin to show her ribs
That twinkle like shooting stars
She digs her nails into her naked chest
Miles of veins fan out like a road map
She pulls back the skin to show her ribs
That twinkle like shooting stars
Po ostatnich koncertowych wojażach (m.in. rewelacyjna Metallika, Napalm Death i Pro-Pain), przyszła pora na kilka płytowych nowości. Niestety, tym razem w domu czekało na mnie więcej rozczarowań niż miłych niespodzianek. Strajk pocztowców, który zaliczam do tej pierwszej kategorii, to temat na osobną notkę, więc pozwolę sobie pominąć go milczeniem.
Na nowy album Judas Priest czekałem z niecierpliwością, bo pomijając festynową otoczkę (bądźmy szczerzy - skóry z ćwiekami i kiczowate harleye sprawdzają się obecnie przede wszystkim jako rekwizyty zespołów w stylu Turbonegro, czy w barze “Pod Błękitną Ostrygą”), Brytyjczycy do tej pory byli gwarancją klasycznego i rewelacyjnie zagranego heavy metalu. Trochę “vintage” jak mawiają ich rodacy, ale miało to swój urok. Choć zapowiedzi albumu “Nostradamus” mogły niepokoić, katastrofy takich rozmiarów zapewne nikt się nie spodziewał. Dwie płyty i 23 utwory o łącznym czasie trwania przekraczającym 90 minut to spora dawka, nawet dla die-hard fanów heavy metalu, lecz najgorszy w tym przypadku jest sam zamysł płyty, nie mówiąc już o jego realizacji. “Nostradamus” to concept-album, mający w założeniu być dźwiękową ilustracją życia słynnego wizjonera. Pompatyczny, marnie wyprodukowany (uwaga na partie “orkiestrowe”) i, co najgorsze, potwornie nudny. Dobrych riffów tu jak na lekarstwo, Halford próbuje robić coś, co mu nie wychodzi, a Tipton i Downing, miast onieśmielać młodych gitarzystów efektownymi pojedynkami, wymyślają bezbarwne tła dla rubikopodobnych psuedosymfonii. Po całkiem niezłym “Angel Of Retribution” można się było spodziewać czegoś znacznie lepszego, a nie tylko wariacji na temat zamykającego całość żałosnego “Lochness”. A teksty? Na pewno spodobają się fanom rymów częstochowskich…
Podobną, choć może trochę mniej kompromitującą sytuację można zaobserwować na przykładzie nowej płyty Venom. Cronos najwidoczniej nie może zrozumieć, że powinien zwinąć interes zaraz po wydaniu “Resurrection” i uparcie próbuje wcisnąć klasyczną formułę “Black Metal” w ramy współczesnej muzyki metalowej. Wychodzi tak sobie. W tym składzie Venom raczej nie jest w stanie nagrać nic porywającego, więc muzycy po prostu odwalają swoje, licząc na przychylność zwolenników klasycznych płyt, nagranych niemal trzy dekady temu. Wychodzi im to tak, że spokojnie mogliby nosić gitary za chamami z norweskiego Aura Noir. Zakrawa to na bluźnierstwo? Cóż, “Hell” chyba bardziej.
Po tych rozczarowaniach ciężko lepiej poprawić sobie nastrój niż przy pomocy nowego Nachtmystium. USBM, dając sobie spokój z eksploatowaniem do granic możliwości spuścizny My Bloody Valentine i Slowdive, powraca ze zdwojoną siłą. “Assassins: Black Meddle, Part 1″, czwarty album chicagowskiej formacji, robi wrażenie już samą okładką, bardziej pasującą do stonerrockowego zespołu nagrywającego dla Southern Lord, niż do mrocznych blackmetalowców. Ale zaraz, czy ich muzykę można jeszcze nazywać black metalem? - We want to assassinate all these preconceived notions about where the metal community feels we belong in music and want to do our own thing. And what we do is black meddle - tłumaczy Blake Judd. Nie kłamie, bo “Assassins” to nowa jakość, jeżeli chodzi o ekstremalny metal. W zasadzie ciężko powiedzieć czego tu brakuje, bo Amerykanie odważyli się tym razem skorzystać nawet z usług saksofonisty. W połączeniu z klasycznymi, heavymetalowymi riffami i blackmetalowym zacięciem, robi to potężne wrażenie. Teraz pozostaje tylko czekać na odpowiedź Xasthur.
Zaskoczenie. Bo jak inaczej nazwać to, co wyczynia Trent Reznor? Dopiero ponarzekałem sobie na średnio udane “Ghosts I-IV”, a już lider Nine Inch Nails wypuścił do sieci nowy, znacznie lepszy album “The Slip”. Nie jest to dzieło na miarę “The Downward Spiral”, czy nawet “The Fragile”, ale wystarczy, by poddać w wątpliwość moje obawy, że z wiekiem bardziej interesują go interesy niż muzyka. No i fakt, że nie oczekuje za “The Slip” zapłaty, też cieszy.
Przypadek Saula Willliamsa pokazał, że eksperymentalny model sprzedaży internetowej sprawdza się tylko w przypadku znanych artystów, lecz co jeżeli ci dadzą sobie spokój z zarabianiem na zarejestrowanej wcześniej muzyce? To oczywiście tylko śmieszne dywagacje, ale nie da się ukryć, że obecnie większe pieniądze wiążą się z występami na żywo niż ze sprzedażą płyt. Z jednej strony, mógłby to być ostatni gwóźdź do trumny, do której coraz bardziej zbliża się płyta kompaktowa, ale z drugiej umiejętność ciekawego odtworzenia skomponowanych wcześniej utworów w warunkach koncertowych świadczyłaby o prawdziwej wartości artysty. W dobie Pro Tools i innych studyjnych wynalazków, dzięki którym nawet mały Kazio może nagrać świetną płytę, byłby to krok w dobrym kierunku. Jako zwolennik tradycyjnej formy wydawania płyt, na razie jednak cieszę się, że wciąż mogę pójść do sklepu i kupić sobie album, który następnie będę mógł postawić na półce, ale idzie nowe i prędzej czy później trzeba będzie stawić mu czoła.
Na oficjalnej stronie MySpace norweskich chuliganów z Virus pojawił się nowy kawałek w wersji demo. Jest to o tyle dobra wiadomość, że debiutancki album zespołu miał premierę prawie pięć lat temu, a w międzyczasie mózg grupy, Carl-Michael Eide, będąc pod wpływem substacji niewiadomego pochodzenia, doszedł do wniosku, że potrafi latać i nie myśląc zbyt długo o konsekwencjach naśladowania Ikara, po prostu wyszedł przez okno z mieszkania na piątym piętrze. Skończyło się niezbyt ciekawie, bo muzyk wylądował na wózku inwalidzkim, a jak zapewne niektórzy wiedzą, dał się wcześniej poznać jako wybitny perkusista. Sam przyznaje, że jego ekscentryczne zachowanie można wytłumaczyć faktem, iż należy do rodu damskich bokserów z tradycjami. Kiedy inni tracą czas na plotki, on planuje przejąć kontrolę nad światowymi zasobami wełny. Przy pomocy gitary, rzecz jasna.
Dziwne? Nie, jeżeli znacie jego dokonania z takimi zespołami, jak m.in. Dødheimsgard, Ved Buens Ende czy w końcu wspomnianym Virus. Ten ostatni można od biedy nazwać kontynuacją nieodżałowanego Ved Buens Ende, który po krótkiej reaktywacji ponownie zawiesił działalność. To metalowa awangarda najwyższych lotów: pokręcone harmonie Voivod, jazzująca sekcja rytmiczna i nieszablonowe rozwiązania brzmieniowe. No i kompletnie odjechana otoczka - na zdjęciach promocyjnych wykonanych z okazji premiery “Carheart”, muzycy zaprezentowali się w maskach przypominających psie łby. Mało z tego, zapowiadając jakiś czas temu nowy album, ujawnili, że w studiu będzie im towarzyszył sam Roger Waters. Podczas rozważań nad prawdziwością tych słów, polecam włączyć “Lost Peacock”. Przekonacie się, że to muzyka równie godna podziwu co tytułowe pawie pióra.
Tak, wiem. Twoja stara pisze bloga.
Ośmielony przykładem starszych kolegów też postanowiłem spróbować (czyżby instynkt stadny?), choć muszę przyznać, że traktuję to raczej jako eksperyment. Time will tell, jak mawiają Anglosasi.
Wczorajszy koncert Current 93 we Wrocławiu ciągle siedzi mi w głowie i nawet nowa, bardzo dobra płyta szwedzkiego Coldworker nie jest w stanie zagłuszyć dzwoniących w uszach dźwięków “Locust” i “Oh Coal Black Smith”. To był inny Current 93, jeszcze bogatszy pod względem brzmienia i bardziej postrockowy, lecz wciąż magiczny. Jeżeli David Tibet zdecyduje się pójść w tym kierunku na nowym albumie, to nie będę miał nic przeciwko i liczę, że przekona mnie, iż w tej strasznie już wyeksploatowanej stylistyce można zrobić jeszcze coś ciekawego.
Ostatnie dwa wyjazdy do Wrocławia, jak również nadchodzące wielkimi krokami koncerty The Ocean, Shellac, Boris, Today Is The Day czy Napalm Death utwierdziły mnie w przekonaniu, że Kraków robi wszystko, by fani cięższych brzmień zamienili się w armię inżynierów Mamoniów. To oznacza wciąż te same zespoły grające w naszym mieście: Kat & RK, Vader, Behemoth i Virgin Snatch. Nie żebym nie lubił oglądać koncertów trzech ostatnich, ale przydałaby się w końcu jakaś odmiana. W najbliższym czasie zanosi się jedynie na Ignite i… ale o tym kiedy indziej. Wniosek jest jednak taki, że przed wakacjami jeszcze sporo się najeżdżę naszą ukochaną A4. Wrocław to piękne miasto, więc w sumie nie ma tego złego.