WIRE – Red Barked Tree
Jedyna stała w równaniu Wire jest taka, że od 30 lat zespół nieustannie się zmienia. Muzyka rockowa zna tylko kilka takich przypadków. Jeszcze mniej takich, kiedy najnowsze nagrania danego wykonawcy niewiele ustępują tym najlepszym z początków jego kariery. “Red Barked Tree” się do nich zalicza.
Wire to rock’n'roll pozbawiony imprezowego elementu “roll”, bez zbędnych ozdobników i skrojony według najlepszych post-punkowych wzorców. Balansujący na granicy między artystowskim rock/popem nie tak dalekim od wczesnych dokonań Talking Heads, a barbarzyństwem najmocniejszych momentów The Fall. Wyprzedzający swój czas tak samo, jak pod koniec lat 70; energetyczny, pomysłowy i – co najważniejsze – wysublimowany bez akademickiego nadęcia. “Żadnych solówek, żadnego kopiowania, żadnego kolesiostwa” – pisał w 2006 roku dziennikarz “Mojo” Keith Cameron.
“Red Barked Tree”, dwunasty studyjny album Wire, przypomina emocjonalną sinusoidę – pełne doskonałych melodii spokojniejsze utwory zderzają się tutaj czołowo z agresywnymi, punkrockowymi kawałkami, które nie pozwalają wysiedzieć spokojnie na czterech literach, a napięcie rośnie tylko po to, żeby zaraz opaść prosto na pysk. Przy pierwszym odsłuchu przypomina to przypadkową zbieraninę naprędce poklejonych pomysłów, ale to tylko złudne wrażenie, bo całość spina jakaś ledwie zauważalna klamra, która sprawia, że przy każdym kolejnym przesłuchaniu spośród tych muzycznych szkiców zaczyna prześwitywać pokrętna logika. Słychać to zarówno kiedy przy akompaniamencie subtelnej kakofonii rozpędzonej sekcji rytmicznej i hipnotyzujących gitar Colin Newman znudzonym głosem informuje nas, że kawa nie jest substytutem jedzenia ani szczęścia, jak i kiedy absurdalne słowa “Jam sandwich filled with Uzied peelers/ Frisking pimps and dawn car dealers” synchronizują się z jakąś paranoidalną odmianą funku. To trochę tak, jakby wręczyć rektorowi wyższej uczelni młot pneumatyczny i kazać mu wykrzykiwać co drugi wers losowo wybranego wiersza. Niby nie ma sensu, ale jednak przykuwa uwagę.
Jak pisał w poświęconej debiutowi Wire odsłonie cyklu “33 1/3″ Wilson Neate: “Wire nie przypominali innych punków: korzystali z tego samego słownictwa, ale mówili innym językiem”. I – mimo że byli najmniej doceniani ze wszystkich post-punkowych zespołów – to właśnie oni najlepiej przetrwali próbę czasu, w przeciwieństwie do większości swoich rówieśników nie stając się parodią samych siebie.
D4D – Who’s Afraid Of?
Jak skończy się impreza, którą zaczęliśmy z kacem-gigantem? To loteria, ale w towarzystwie Dick4Dick (teraz D4D) jednego możemy być pewni: ekscesów nie zabraknie. Recepta na sukces? Naćpać Quincy’ego Jonesa, wysłać go na koncert Aphex Twina, a następnie przez tydzień katować bezlitosnym disco z przełomu lat 70. i 80.
Ja się nie boję, pan się nie boi, pani się nie boi. Bo tak naprawdę nie ma czego: pod grubą warstwą wybujałej fantazji Dicków kryją się ładne piosenki okraszone niebrzydkimi melodiami. Może nie do końca pasujące do radia (a już na pewno nie polskiego) i zbyt popieprzone jak na harce w Manieczkach, ale idealnie nadające się jako soundtrack do suto zakrapianej domówki o trzeciej nad ranem.
Tematem przewodnim “Who’s Afraid Of?” jest nadmiar. Cała płyta tonie w zalewie zebranych w najdziwniejszych miejscach dźwięków, wszelkiej maści syntezatorów, misternie skleconych sampli, a nawet dęciaków. Normalnie takie zabiegi skutecznie odwracałyby uwagę od samej muzyki, ale temu krążkowi do normalności daleko. To jednocześnie zaleta i wada tej płyty. Zaleta, bo tak ciekawych eksperymentów w polskiej muzyce ze świecą szukać. Wada, bo w kilkudziesięciominutowej dawce ekscesy Dicków mogą zmęczyć nawet najbardziej odważnych imprezowiczów. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że “Who’s Afraid Of?” robi wrażenie, przede wszystkim za sprawą maestrii, z jaką zaciera podziały stylistyczne i kieruje uwagę słuchaczy w stronę beztroskiej zabawy dźwiękami. Już za samą wyobraźnię (i okładkę) Dickom należy się duży szacun.
MIKROKOLEKTYW – Revisit
Wydarzeniem jest już fakt, że ta płyta się ukazała. Nie dlatego, że Mikrokolektyw miał jakieś problemy z jej ukończeniem (choć trwało to sześć lat), ale ze względu na wydawcę, którym jest zasłużona wytwórnia Delmark. Mamy powody do dumy: wrocławscy muzycy są pierwszymi europejskimi artystami w jej katalogu. Zamieszania w jazzowym światku rzecz jasna nie byłoby, gdyby nie doskonała muzyka.
W duecie na pewno raźniej niż w pojedynkę, ale trudniej niż w większej grupie. Na muzykach spoczywa większa odpowiedzialność, słuchaczowi łatwiej wyłapać wpadki, a próby utrzymania napięcia przez cały czas trwania albumu często przypominają survival w ekstremalnych warunkach pogodowych. Tym bardziej wypada docenić niezwykle bogatą narrację muzyczną Artura Majewskiego i Kuby Suchara na “Revisit”. Powiedzieć, że sposób, w jaki snują swoje opowieści przywodzi na myśl konstrukcję filmu, to jakby pozbawić je połowy dźwięków. “Revisit” przypomina raczej thrillery z górnej półki i nawet jeżeli momentami mamy do czynienia z elementem przypadkowości, to nie przywodzi on na myśl chaotycznego błądzenia po omacku, ale świadczy o doskonalej znajomości sposobów wypowiedzi charakterystycznych dla obu muzyków. Ta bezproblemowa komunikacja sprawia, że utwory skutecznie omijają drogowskazy stawiane w dołączonym do płyty eseju i kierują się własnymi ścieżkami między meandrami współczesnego jazzu i zdradliwym terenem eksperymentalnej elektroniki. Owszem, słychać tutaj echa artystów, o których w tekście wspomina Raymond Salvatore Harmon (w tym między innymi Don Cherry, Exploding Star Orchestra, Sun Ra), ale cała kolorystyka brzmieniowa, misterne konstrukcje kompozycji i ich oryginalny charakter nie pozwalają na proste szufladkowanie. Wyłączmy wiec chłodną analizę i cieszmy się doskonałą muzyką. Jestem pewien, że ta znajomość nie skończy się na jednej rewizycie.
THE BLACK TAPES – Shipwreck
Po brzmienie swojej pierwszej płyty pojechali do Szwecji i od tamtej pory skutecznie przeszczepiają skandynawskie gitarowe granie na rodzimy grunt. Chłopcy i dziewczęta, przed wami The Black Tapes – zespół, który może nas uratować przed kolejną dekadą obciachu. Polski rock dawno nie brzmiał tak dobrze.
Fatalny akcent, grafomańskie teksty, solówki grane dla i przez dziadków oraz wszechobecna aura wieśniactwa z obowiązkowym wąsem – tak z nielicznymi wyjątkami prezentuje się od dobrych dwóch dekad polska muzyka rockowa. Wciąż przeżywamy płyty, które latami katowali w radiu prezenterzy w dżinsowych koszulach, a na koncertach Deep Purple Mark X komplety. W takich, dość nieciekawych okolicznościach przyrody dwa lata temu ukazała się debiutancka płyta warszawskiej grupy The Black Tapes. Nagle okazało się, że nad Wisłą można grać rock’n'rolla z jajem, werwą i na szwedzkim (czytaj: światowym) poziomie. Tamten album przygotował grunt pod małą muzyczną rewoltę, której początki możemy właśnie obserwować w Warszawie, ten potwierdza klasę zespołu.
Komiksowa okładka i fasada imprezowego rocka skrywają coś poważniejszego niż mogłoby się początkowo wydawać. Znamienny wydaje się tutaj tytuł najlepszej na płycie piosenki “Come, Come Culture of Death”. To kawałek, w którym Black Tapes stawiają opór polskiej zaściankowości i ksenofobii. Dalej jest trochę o polskiej emigracji zarobkowej w “Future Is Yours” i problemach życia codziennego (“Broken Flower”, “Life and Lie Differ With F Only”). Tematyka tych – niezbyt optymistycznych przecież – tekstów nie jest dziełem przypadku. Wpiszcie do wyszukiwarki imię i nazwisko wokalisty grupy. Jedną z pierwszych stron, jakie wyskoczą będzie jego esej opublikowany na stronie Krytyki Politycznej. Jednak szufladkowanie The Black Tapes jako politycznych aktywistów z gitarami to błędny zaułek, bo przyczyną sprawczą ich działalności jest przede wszystkim miłość do nieskrępowanego i zakorzenionego w punk rocku gitarowego grania, które powróciło pod strzechy za sprawą Turbonegro, The (International) Noise Conspiracy, The Hives, czy Hellacopters. I wierzcie mi: te porównania nie są na wyrost. Po pierwsze, The Black Tapes nie brzmią jak polski zespół. Nie mają tyczek w dupach, nie popisują się i wiedzą gdzie kończy się zabawa, a zaczyna obciach. Po drugie, w tych 28 minutach jest więcej energii niż na piętnastu losowo wybranych krążkach nagranych przez naszych rockmanów w ciągu ostatniej dekady. Aż w końcu po trzecie: melodie i refreny, za które niejeden oddałby nerkę. Lepsze i bardziej chwytliwe niż na debiucie, który i tak nie pozwalał wysiedzieć spokojnie na tyłku. Jeżeli to was nie przekonuje, to może pora pomyśleć o funduszu emerytalnym? Bo abonament radiowy na pewno macie opłacony.
CHROME HOOF – Crush Depth
Po dwóch pełnych przygód wycieczkach w kosmos drużyna Chrome Hoof pod wodzą braci Leo i Milo Smee nurkuje w głąb oceanu, by stawić czoła zamieszkującym głębiny potworom. “To płyta, której nikt nie polubi” – powiedział w jednym z wywiadów Milo. Kłamał.
Chrome Hoof to w dużym uproszczeniu muzyczny teatr różnorodności. Narkotyczne, krautrockowe rozpasanie, karnawałowe rytmy kiczowatego disco końca lat 70. i ciężki doom metal spod znaku Southern Lord. A skoro teatr, to i aktorzy. Tutaj aż 22. Jest legenda psychodelicznego rocka Cluster, jest głównodowodzący Simian Mobile Disco James Ford, ale też znany z Ulver i The Big Pink gitarzysta Daniel O’Sullivan, mistrz kosmicznego disco z lat 70. Jean-Pierre Massiera i dyrygent Philip Collin z Nottingham’s Bach Choir. Rozmach “Crush Depth” powinien więc przytłaczać jak sugeruje tytuł, ale dzieje się coś zupełnie innego – podczas gdy Nautilus idzie z hukiem na dno, nogi same rwą się do tańca.
To nie efekt uboczny przedawkowania LSD, ale zasługa braci Smee, którzy zmieszali te wszystkie elementy w odpowiednich proporcjach w wielkim garnku współczesnej rockowej psychodelii. Jest energia, jest radość grania, jest klimat, no i masa świetnych, niekonwencjonalnych dźwięków podanych w formie atrakcyjnej zarówno dla internetowych znawców alternatywy, jak i piwoszy hołdujących piekielnym riffom starego Black Sabbath. Chrome Hoof robią to, co do tej pory wydawało się niemożliwe: przywracają muzyce progresywnej seksualność. To kosmiczni spadkobiercy Parliament i Can, Arkestra naszych czasów.
INDIGO TREE – Blanik
Teoretycznie taką płytę mógłby nagrać każdy, ale mało kto potrafiłby przy tak ograniczonych środkach wyrazić tak wiele.
“Blanik” to w prostej linii kontynuacja chwalonej przez krytyków, a praktycznie zignorowanej przez publiczność debiutanckiej płyty Indigo Tree. Reakcje i tym razem będą podobne: recenzenci będą zachodzili w głowy co by się stało, gdyby “Blanik” został wydany na Zachodzie, a słuchacze będą się zastanawiali o co tyle hałasu, skoro takie Lao Che gra więcej, szybciej i z mocniejszym przytupem (autentyczny tekst komentarza opublikowanego w jednym z największych portali). To jałowe spekulacje. Po pierwsze, album ukazał się w Polsce i szanse na to, że zrecenzuje go Pitchfork są znikome. Jeszcze mniejsze, że się nim zachwyci. Po drugie, w naszym kraju worek z napisem “alternatywa” jest wyjątkowo pojemny i jest w nim miejsce zarówno dla Indigo Tree, jak i dla Lao Che. Tyle tylko, że miarka do oceny tego drugiego ma się nijak do twórczości wrocławskiego duetu.
Indigo Tree to przede wszystkim apoteoza prostoty i ascetycznej formy. Muzyka delikatna, nienachalna, ale urzekająca w swoim umiarkowaniu. Tonące w pogłosach partie łagodnie przesterowanej gitary, bas, wokale i okazjonalne perkusjonalia to w zasadzie całe instrumentarium wykorzystane na płycie. Niewiele więcej trzeba, żeby napisać ładne piosenki opowiadające tyle różnych historii. Choć słowo “piosenka” nie do końca tutaj pasuje, bo kompozycje grupy przypominają raczej szkice, senne majaki na pograniczu avant popu i psychodelii. Na pierwszy rzut oka taka nieefektowna mieszanka nie ma prawa się sprawdzić, ale wrocławianom ta sztuka się udała. Jak? Zapewne za sprawą tej samej pokręconej logiki, która każe wierzyć, że północ jest na południu, a wschód na zachodzie.
LAURIE ANDERSON – Homeland
“Homeland” to jeden z nielicznych ostatnimi czasy przypadków, kiedy jestem pewien, że mam do czynienia ze sztuką. Nie z przypadkową rzeźbą w gównie mającą na celu wyłącznie prowokację, ale z dokładnie przemyślanym i perfekcyjnie skrojonym dziełem, na które warto było czekać prawie dekadę.
Wystarczająco daleko od dzikich improwizacji u boku Johna Zorna i Lou Reeda, “Homeland” może sprawiać wrażenie albumu zbyt wyciszonego, ale pod tymi kontemplacyjnymi kompozycjami kryje się inrygująca opowieść o współczesnej Ameryce, przy pomocy której Anderson rozlicza się z własnym życiem. Towarzyszy jej muzyka, która onieśmiela bogactwem brzmień i rozmachem aranżacji. Bez taniego efekciarstwa i wszechobecnej sztuczności. Jest to o tyle ciekawe, że płyta jest patchworkiem misternie skleconym z dziesiątek tysięcy ścieżek zarejestrowanych podczas występów, jakie Anderson dała od 2008 roku, kiedy rozpoczęła się jej światowa trasa koncertowa. O problemach, z jakimi artystka borykała się podczas składania tych fragmentów, można dowiedzieć się z dołączonego do płyty krążka DVD. Istotniejszy jednak jest fakt, że ta benedyktyńska praca zaowocowała najbardziej angażującą uwagę muzyką, jaka została wydana w tym roku. Zwinnie wymykając się wszelkim próbom szufladkowania, Anderson z gracją przemyka się między współczesną improwizacją, subtelną elektroniką, a czymś na kształt neo-romantycznych kompozycji, nienachalnie demonstrując maestrię w każdym dźwięku. To nie przypadek, bo towarzyszą jej takie postaci, jak Antony Hegarthy, Kieran Hebden (Four Tet), wspomniani Zorn i Reed, nagrywający dla Tzadik Eyvind Kang oraz… pieśniarze z Tuwy. Lepiej być już nie może.
Zachodnia prasa często podkreśla, że najważniejsze albumy o Stanach Zjednoczonych powstają kiedy u władzy są Republikanie. Jest w tym trochę prawdy, a analogii można poszukać nawet w dyskografii Anderson. Kiedy w 1981 roku nagrała piosenkę “O Superman”, Zimna Wojna wchodziła w swoje ostatnie stadium, a do władzy doszedł właśnie Ronald Reagan. Dwa lata później zapoczątkowała multimedialny projekt “United States I-IV”, którego kontynuacją jest właśnie “Homeland”, skomponowany podczas ostatnich dni rządów George’a W. Busha. To za czasów jego prezydentury artystkę spotkały takie nieprzyjemności jak choćby konfiskata przez FBI przesyłki z domowej roboty instrumentem, która została wysłana do chicagowskiego muzeum akurat w dzień wizyty Busha, czy ostracyzm ze strony wspierających go fanów (słynny bojkot w trakcie koncertu w londyńskim Barbican Centre). Historia muzyki popularnej pokazuje, że najczęstszą reakcją na takie wydarzenia jest gniew i agresja. Tymczasem Laurie podeszła do tematu w inteligentny, stonowany, a nawet cyniczny sposób punktując największe problemy współczesnej Ameryki. Bo musicie wiedzieć, że tytułowy “Homeland” ma więcej wspólnego z “homeland security” niż z ojczystym domem. I z wolnością i prywatnością, które tracimy kosztem złudnego poczucia bezpieczeństwa. Dobrze, że głos rozsądku, który nam o tym przypomina należy do Laurie Anderson.
ISOBEL CAMPBELL & MARK LANEGAN – Hawk
Przed laty Lee Hazlewood i Nancy Sinatra, dzisiaj Mark Lanegan i Isobel Campbell. Muzyczna podróż szkockiej pieśniarki i amerykańskiego wokalisty doprowadziła ich do serca Ameryki zaprzepaszczonych szans i pustych obietnic.
Tam, gdzie refren urokliwego “Time Of The Season” chwyta za serce w podobny sposób jak niegdyś “Some Velvet Morning” Hazlewooda i Sinatry, tam duet Lanegan-Campbell wspina się na swoje wyżyny. Dalej jest już bardziej ascetycznie, choć wystarczająco daleko od minimalizmu nominowanej do prestiżowej Mercury Prize “Ballad Of The Broken Seas”. Nie ma powtórki z rozrywki, jest za to fascynujący soundtrack do podróży przez północnoamerykańskie pustkowia i chlubną tradycję tamtejszej piosenki. “Hawk” w niczym nie przypomina zbioru przypadkowych kompozycji z melancholią w tle. To spójna i piękna opowieść snuta przez coraz odważniej poczynającą sobie Isobel, której zawdzięczamy kobiece spojrzenie na zdominowaną przez samców americanę i ujarzmienie styranego życiem i nałogami Lanegana. Teraz Campbell jeszcze dobitniej pokazuje swoją wiodącą rolę w tym przedsięwzięciu, sprowadzając byłego lidera Screaming Trees do roli płatnego zawodowca. “Kocham ten jego klasyczny amerykański głos” – przyznała w jednym z wywiadów, ale przy okazji pracy nad nowym albumem zdradziła go w dwóch utworach z Willym Masonem, który gra tutaj rolę niepotrzebnej dostawki. Jakby w reakcji na ten skok w bok, w głośnikach wybrzmiewa drugi najmocniejszy punkt “Hawk” – piękny blues “You Won’t Let Me Down Again”, w którym sygnująca krążek para wyśpiewuje sobie wszystkie żale. Przejmujący romans i intrygująca powieść drogi w jednym.
KILLING JOKE – In Excelsis
Pierwszy skład Killing Joke wskrzesza lata 80. Bez zbędnych sentymentów, za to z poszanowaniem dla dorobku ostatniej dekady. Jeżeli myśleliście, że post-punk zdechł zanim na dobre się rozkręcił, musicie zrewidować swoje poglądy. Chwała na wysokości!
“The band that preys together, stays together” – takie hasło przyświecało koncertowi z okazji 25-lecia zespołu, który odbył się pięć lat temu w Londynie. Od tego czasu świat Killing Joke wywrócił się do góry nogami – po śmierci wieloletniego basisty Paula Ravena formacja powróciła do korzeni. Dosłownie, przywracając do życia swój pierwszy skład. Pierwszym efektem tego spotkania po latach jest EP-ka “In Excelsis” zapowiadająca album “XIII: Feast Of Fools”. To krótki, zaledwie kilkunastominutowy dowód na to, że Killing Joke jest czymś więcej niż tylko dobrym rockowym zespołem. To jedyna w swoim rodzaju alchemia dźwięków, rytuał w służbie muzyki.
“Wspaniała pogoń za szczęściem” – ironizuje w otwierającym EP-kę kawałku tytułowym Jaz Coleman. Wtóruje mu przesterowany do granic możliwości i wysłużony Gretsch Geordiego i hipnotyzująca sekcja rytmiczna w osobach basisty Youtha i perkusisty Paula Fergusona. Warstwa na warstwie, gęsta niczym smoła muzyka rozkręca się w coś na kształt religijnego uniesienia, które osiąga punkt kulminacyjny w refrenie. “In Exscelsis” – wydziera się w niebogłosy Coleman, jakby w tych dwóch słowach chciał zamknąć cały swój gniew. Taki właśnie nastrój zdominował ten materiał, który może pozostawić pewien niedosyt u fanów dwóch ostatnich płyt brytyjskiej formacji. Przede wszystkim dlatego, że stanowi odskocznię od eksplorowania piekielnych rejonów “Hosannas From The Basements Of Hell”, która wprawiała w onieśmielenie nawet najbardziej ekstremalnych blackmetalowców. To powrót do post-punkowego grania, w jakim specjalizowali się Brytyjczycy na początku lat 80; muzyka nieoczywista, dopuszczająca mnogość interpretacji. Nie powinna więc dziwić obecność dubowego “Ghost of Ladbroke Grove”, który wieńczy “In Excelsis”. Pozornie wesoły akcent na koniec utrzymanej w minorowym nastroju płyty. Pozornie, bo to dub nawiązujący do najlepszych momentów Public Image Ltd. z Jah Wobblem w składzie, kiedy Brytyjczycy jeszcze nie myśleli o finansowaniu swojej działalności występami w reklamie masła. W ujęciu Killing Joke leniwe, transowe rytmy i “pływające” partie gitary stanowią jednak tylko pretekst do narkotycznych uniesień, zaproszenie do udziału w misterium.
DEVO – Something For Everybody
Coś dla każdego, czyli nic ciekawego? Nie w przypadku Devo. Dowodzony przez tandem Mothersbaugh-Casale zespół jest jednym z najbardziej intrygujących produktów popkultury XX wieku. Czarną dziurą, która zassała, a następnie wypluła wszystkie niedorzeczności jakimi karmią nas media. Krzywym zwierciadłem, w którym możemy zobaczyć jak wyglądałaby muzyka popowa, gdyby w pewnym momencie nie odarto jej z ironii. Aż w końcu samospełniającą się przepowiednią – kiedy pod koniec lat 70. grupa wieściła przyszłość pod znakiem powszechnego zidiocenia, wszyscy uważali to za dobry żart. Cztery dekady później satyra stała się rzeczywistością.
Tytuł pierwszej od 1990 roku płyty Devo do złudzenia przypomina hasła reklamowe, jakimi codziennie bombardują nas reklamy telewizyjne. I w gruncie rzeczy tym właśnie jest: premierę płyty poprzedziły badania fokusowe, przy pomocy których muzycy ustalali tracklistę i tytuł albumu. Trudno o bardziej ironiczny komentarz do obecnej kondycji przemysłu muzycznego, którym rządzą sondaże i badania rynku. Szczęśliwie, zamiast plastikowego popu Devo serwuje nam wybuchową mieszankę elektroniki, rocka i zdrowej dawki humoru. Syntetyczne rytmy Kraftwerk mieszają się tutaj z punkrockową energią, a przebojowe refreny zostają poddane agresywnej obróbce. Jeżeli poczujecie, że w tym łupaniu na dwa brakuje finezji, to nie będziecie dalecy od prawdy. Devo z premedytacją częstuje nas przejaskrawionym produktem, ukształtowanym przez nieskażone cieniem dobrej woli wyrachowanie. Ten kontrowersyjny zabieg pozostawił muzyczną materię bez uszczerbku – nowe piosenki mają coś, czego najbardziej brakowało tym z ostatnich przed zawieszeniem działalności: energię, o którą ciężko podejrzewać weteranów. Ale z drugiej strony powrót Devo w niczym nie przypomina najgłośniejszych comebacków ostatnich lat. Oni nie wrócili dla pieniędzy, bo te zarabiają gdzie indziej. I słychać, że mają jeszcze coś ciekawego do powiedzenia.
KVELERTAK – Kvelertak
Rock’n'roll prosto z norweskich lasów. Punkowo-hardcorowa energia i blackmetalowy mrok. Poznajcie następców Turbonegro: to głodni krwi gówniarze z Kvelertak.
Takiej petardy Norwegia nie wydała na świat od czasu “Apocalypse Dudes”, czyli od dawna. Różnic między tymi dwoma zespołami jest jednak więcej niż punktów wspólnych: począwszy od wieku (Kvelertak brak doświadczenia nadrabiają młodzieńczą energią, którą mogliby obdzielić dwa tuziny wymalowanych smutasów z odwróconymi krzyżami), poprzez postawę (bo owszem, drogowskazy podobne, ale tam gdzie ekipa Happy Toma śpiewa o seksie analnym i podpalaniu bąków, tam dzieciaki ze Stavanger wolą filozofować młotkiem i tłuc po pyskach), a skończywszy na samej muzyce (zamiast glamowego blichtru hardcorowy maczyzm i doprawiona szczyptą ironii blackmetalowa siarka). W przeciwieństwie do gwiazd ekstremalnego metalu, którym wydaje się, że potrafią grać rock’n'rolla, Kvelertak potrafią zrobić użytek z bluesowych skal i dołożyć do pieca niewiele gorzej niż wynoszeni na piedestały klasycy. Mają iskrę bożą lub – jak kto woli – diabelską. Słychać to w kopiących dupę riffach i solówkach, których nie powstydziłby się sam Fred “Sonic” Smith. Norwegowie nie mówią też “nie” melodii: mimo kilku głupawych przyśpiewek, jest co zanucić pod nosem, a kilka refrenów zagości w naszych śpiewnikach na długie tygodnie, o ile nie miesiące.
W 1971 roku Lester Bangs pisał: “(…) W muzyce rockowej chodzi o początki, o młodość, niepewność, życie i dojrzewanie. No i o wykazywanie się na długo zanim, kurwa, zorientujesz się co tak naprawdę robisz”. To coś na kształt miecza obosiecznego – dlatego młodzieńcza energia, która stanowi fundament “Kvelertak”, ma też swoje minusy. Na szczęście na tyle niewielkie, że można na nie przymknąć oko, a płyta głosem Nattefrosta (tutaj sprowadzonego do roli błazna na gościnnych występach) poprosi o jeszcze jedno odtworzenie. I jeszcze jedno.
RÓŻNI WYKONAWCY – The World Ends: Afro Rock & Psychedelia In 1970′s Nigeria
“Dla wielu młodych Nigeryjczyków w 1967 roku świat naprawdę stał na krawędzi zagłady. Kiedy w Londynie i San Francisco świętowano Lato Miłości, w Nigerii trwała wojna domowa” – czytamy w eseju dołączonym do kompilacji “The World Ends: Afro Rock & Psychedelia In 1970′s Nigeria”. Te dwie niepozorne płyty, ozdobione prostą, czarno-białą fotografią, stanowią przepustkę do świata wyjątkowej muzyki, którą cudem udało się ocalić od zapomnienia. To zakorzeniony w funku i plemiennych wibracjach rock, zagrany z takim ogniem, jakby jutro rzeczywiście miało nie nadejść.
To, że dzisiaj możemy trzymać w rękach ten niezwykły dokument, zawdzięczamy jednemu człowiekowi. Radiowiec, kolekcjoner płyt i szef wytwórni Soundway, Miles Cleret, na początku ubiegłej dekady wyruszył w podróż do serca Afryki tylko po to, by zobaczyć na własne oczy w jak opłakanym stanie znajdują się tamtejsze archiwa płyt winylowych. “W Nigerii niektóre rzeczy błyskawicznie popadają w zapomnienie, bo ludzie wolą koncentrować się na tym, co przed nimi. Nostalgia nie jest tam tak istotna jak u nas” – tłumaczył dwa lata temu w rozmowie z “Guardianem”. Potwierdza to fakt, że wytwórnia Lagos, która lata temu nabyła prawa do całego katalogu nigeryjskiego oddziału EMI, bez cienia sentymentu pozbyła się cennych taśm-matek. Z pomocą Brytyjczykowi przyszedł były pracownik fonograficznego giganta, producent Odion Iruoje, który zawodowe szlify zdobywał między innymi podczas sesji nagraniowej “Abbey Road” Beatlesów. Może właśnie z powodu tych interkontynentalnych koneksji zawartość “The World Ends…” brzmi momentami dziwnie znajomo. Bo choć fundamenty nigeryjskiej muzyki gitarowej stanowią plemienne wibracje i mocno akcentowany puls Czarnego Lądu, to do głosu dochodzi też fascynacja zachodnimi gwiazdami. Jefferson Airplane i Jimi Hendrix to dobre drogowskazy.
The Semi Colon, The Identicals, Eppi Fanio – te dziwne nazwy już na starcie biją na głowę napędzaną psychotropami wyobraźnię białych muzyków z Zachodu. W szranki z Nigeryjczykami mogłaby stanąć chyba tylko hybryda Captaina Beefhearta i Jerry’ego Garcii, a i ona miałaby problemy ze zrozumieniem ich twórczości. Bo choć język wypowiedzi ten sam, to jednak słownictwo diametralnie różne. Pod pozornie “normalnymi” strukturami kryje się bowiem nieposkromiona fantazja i odmienne pojmowanie muzycznej materii. Zaskakuje też bogactwo emocji ukryte w tych dźwiękach: od euforii i radości, przez desperację, aż po smutek i rozrzewnienie. “Carpe diem” zdają się mówić jednym głosem czarnoskórzy muzycy. To właśnie ten przekaz, subtelnie schowany za ścianą ich specyficznej wirtuozerii, stanowi motto przewodnie tego albumu. Albumu, który otwiera przed nami odmienną perspektywę pojmowania rocka.
THE BLOOD OF HEROES – The Blood Of Heroes
Ojciec ekstremalnego dubu otwiera świat zbasowanych dźwięków przed podlotkami, dla których wszystko zaczęło się od pierwszych wydawnictw wytwórni Hyperdub. Nazywa się Bill Laswell, a podczas kontaktu z jego nowym projektem Blood Of Heroes czeka nas jeszcze potyczka z przywodzącymi na myśl Techno Animal eksperymentami Justina Broadricka, rytmiką drum’n'bass i zezwierzęconą elektroniką End.usera i Submerged. Poleje się krew.
Sklecenie biografii Laswella na potrzeby recenzji to zadanie na miarę Nobla z fizyki. Wystarczy więc wspomnieć, że to on przecierał szlaki dla dźwięków, które w ostatnich latach wstrząsnęły Londynem, a następnie resztą świata. Praxis, Material, Method Of Defiance – to tylko kilka z dziesiątek (o ile nie setek) projektów sygnowanych przez pochodzącego z Illinois basistę. Choć różnią się pod względem muzycznym, z Blood Of Heroes łączy je jeden koncept. To “collision music”, czyli termin określający czołowe zderzenie muzyków specjalizujących się w odmiennych stylistykach. Sprawdzona na kilku płytach receptura i tym razem dała bardzo dobry rezultat.
Debiut Blood Of Heroes łączy wibracje “połamanych” rytmów d’n'b, agresję elektroniki spod znaku glitch, przestrzenne tła Jesu i basowe eksperymenty, jakie mają na swoim koncie zarówno Laswell, jak i Broadrick. A wszystko to podane w formie, która powinna trafić zarównie do fanów Zomby’ego, jak i The Bug, przy zachowaniu należnego szacunku dla głównego celu tej eskapady, czyli samej muzyki. Nie ma więc natłoku niepotrzebnych smaczków, które skutecznie odwracałyby uwagę od motywów przewodnich, a okazjonalne partie wokalne Dr. Israela tylko dopełniają apokaliptyczny klimat całości. Punkty odniesienia są oczywiste: oprócz filmu, któremu projekt zawdzięcza nazwę, na myśl przychodzi też kilka cyberpunkowych klasyków, z prozą Williama Gibsona na czele. Wspomniane wcześniej zderzenie to nie tylko warstwa estetyczna, ale również kolizja kulturowa. Plemienny prymitywizm odnajdujący swoją ścieżkę w świecie zdominowanym przez technologię. Taka broadrickowska wersja “London Zoo” Kevina Martina, tyle że przeniesiona do przyszłości. Może dlatego minimalnie wykastrowana z tego soundsystemowego pierwiastka, który świadczy o wielkości The Bug.
THE DEAD WEATHER – Sea Of Cowards
On: “sąsiedzi dostają szału kiedy wracam do domu. Wkurzam ich. O tak, wkurzam ich”. Ona: “możesz nawet płakać jak dziecko, tylko daj mi zrobić to co muszę”. Spotykają się w połowie drogi między brodzącym po kolana w klasycznym bluesie rockiem spod znaku Jimmy’ego Page’a, a sludge’owym brudem rodem z bagien Luizjany. Ściany drżą, jakby zaraz miał się skończyć świat.
“Sea Of Cowards” to płyta piękna w swojej brzydocie. Mocna rockowa muzyka bazująca na pentatonicznych skalach, przepuszczona przez przester, który zniekształca w zasadzie wszystko – od gitar, przez perkusję, a skończywszy na wokalach. Pod tą pozornie mało atrakcyjną otoczką kryje się najlepszy rock, jaki Jack White nagrał od czasu “Elephant”. Może dlatego, że w końcu dopuścił do głosu swoich wspólników w zbrodni: Alison Mosshart odrestaurowała spiłowane na debiucie pazury, a szarpiący sześć strun Dean Fertita z podniesionym czołem wyszedł z cienia lidera The White Stripes. To już nie jest weekendowy projekt kilku znanych muzyków, ale rockowa kapela z prawdziwego zdarzenia. Zmiana o tyle ciekawa, że od premiery “Horehound” minął zaledwie rok.
Zastrzyk świeżych pomysłów w zderzeniu z rock’n'rollową rutyną White’a zaowocował płytą, która jest jednocześnie archaiczna i nowoczesna. Ta dychotomia wynika z konfliktu klasycznego gitarowego grania z lat 70. z nowoczesną produkcją, czołowego zderzenia korzennej muzyki z całym spektrum brzmieniowych eksperymentów. “Sea Of Cowards” to jednak nie tylko perfekcyjne balansowanie na krawędzi między trapiącymi Dead Weather sprzecznościami, ale również – a może przede wszystkim – doskonałe kawałki. Kipiący od nadmiaru testosteronu “Blue Blood Blues” spokojnie mógłby oddać tytuł demonicznemu “Hustle The Cuss”, a awanturniczy “Gasoline” wybuchowemu “Die By The Drop”. Pozorowany w tym ostatnim damsko-męski konflikt między Mosshart a Whitem jest tak naprawdę silnikiem napędowym “Sea Of Cowards”. To emocje zaklęte w rock’n'rolla, masa dobrych riffów i patentów, które raczej nie miałyby szans zagościć na dłużej w macierzystych formacjach muzyków. Z tego zestawu zdecydowanie wybija się zamykający całość kawałek “Old Mary”, prowokujący nie tylko tekstem, ale też formą, bliższą raczej gotyckiemu mrokowi Bauhaus, niż kaskaderskiemu rock’n'rollowi amerykańskiej formacji. Do odważnych świat należy.
BLACK FRANCIS – NonStopErotik
“NonStopErotik” to album o seksie i śmierci. Dokładnie w tej kolejności. Tematy równie oklepane, co nieustannie inspirujące. Zwłaszcza jeżeli na seks patrzymy oczami Man Raya, a ciemną stronę uosabia knajpiany rock. Najlepszy, jaki Charles Thompson IV nagrał od dekady.
Oczywiście to duże uproszczenie. Bo o ile surrealistyczne wybryki Man Raya rzeczywiście przewijają się w tekstach nowych piosenek lidera Pixies, o tyle znalazło się w nich również miejsce dla mało wydumanych szczeniackich fantazji o żeńskich organach. Z kolei rockowe – przywodzące czasami na myśl współczesne Sonic Youth – riffy studzi kilka spokojniejszych kawałków, jakby żywcem wyrwanych Davidowi Bowiemu z okresu “Heathen”. Znalazło się też miejsce na rewelacyjny cover Flying Burrito Brothers (“Wheels”), który przypomina o korzeniach muzyka. Sama historia powstania “NonStopErotik” – o ile prawdziwa – nie pozostawia żadnych złudzeń co do roli przypadku w tym przedsięwzięciu. A wszystko przez magiczną gitarę, którą Charles otrzymał po jednym z koncertów od swojego fana. Latami kurzyła się w szafie u producenta krążka, Erica Drew Feldmana, dopóki ten, w trakcie ostatnich wojaży koncertowych, nie oddał jej właścicielowi. Francis lepszego prezentu nie mógł sobie wymarzyć. Nie żeby przechodził kryzys twórczy – wręcz przeciwnie. Tyle że żadna jego solowa płyta nie była tak dobra od początku do końca. Mało która miała też tyle świetnych melodii, mogących w ciągu kilku sekund zawstydzić niejednego modnisia z losowo wybranej okładki NME. Ta oryginalna i frywolna mieszanka alternatywnego rocka i popowej przebojowości rozczuli nawet największego twardziela. Ale gdzie seks, a gdzie uczucia? “Musisz siebie pokochać” – odpowiada Black Francis, uśmiechając się ironicznie znad wypolerowanego czerwonym winem instrumentu. Nie kłamie, ale tym razem dajmy mu się jeszcze uwieść.
LUKE HAINES – 21st Century Man
Luke Haines stworzył brit pop, a następnie zniszczył go w studiach Abbey Road. Teraz, przybierając maskę dalekiego kuzyna Lou Reeda i Petera Hammilla, udaje, że to wszystko nigdy nie miało miejsca. Robi to na tyle dobrze, że można mu uwierzyć.
21 w tytule tej płyty to tak naprawdę podpucha, która wychodzi na jaw w zamykającym całość kawałku tytułowym. Reszta to gorzkie rozliczenie z XX wiekiem, przede wszystkim pod kątem tego, co nie wyszło w popkulturze. Te wpadki i upadki poznajemy za pośrednictwem cynicznego, znudzonego życiem barda, który ironią i sarkazmem żongluje niczym słynna Hiszpańska Inkwizycja z Monty Pythona. Kuglarskie tricki mają też miejsce w warstwie muzycznej “21st Century Man”. Tutaj z kolei Haines puszcza oko do fanów największych intelektualistów rocka. Są więc figury żywcem wyrwane z solowych płyt wspomnianego na wstępie Hammilla, archaiczne syntezatory pożyczone od Bowiego i to magiczne “coś” co sprawia, że mimo sporego zamieszania nie ma uczucia niestrawności. Może to zasługa brytyjskiego poczucia humoru Hainesa, a może po prostu ogromnego dystansu, jaki ma do siebie i do swojej twórczości. Puste słowa? Pokażcie mi drugiego muzyka, który zaśpiewa wam bez ceregieli, że swój najlepszy krążek nagrał kilkanaście lat temu i wciąż nie bardzo wie co z tym faktem począć. Oczywiście w pewnym stopniu Brytyjczyk kokietuje swoją publiczność, bo „21st Century Man” to bez wątpienia jedna z najmocniejszych pozycji w jego niemałej już dyskografii, płyta w zasadzie pozbawiona słabych punktów. Chyba, żeby za taki uznać frywolny i pozornie głupkowaty “White Honky Afro”, ale wiedzcie, że tutaj Haines też robi sobie z nas jaja. Wstydu nie ma – znaleźliśmy się w doborowym towarzystwie, tuż obok Klausa Kinskiego i rosyjskich futurystów.
BAABA – Disco Externo
Gdzie diabeł nie może, tam Baabę pośle. Okręt flagowy Lado ABC goes disco, czyli IDM dla fanów jazzu. Z przymrużeniem oka.
Ta elektroniczno-akustyczna karuzela wciągnęła w swoje tryby dźwiękową ekwilibrystykę spod znaku Warp, kreskówkowe odjazdy Carla Stallinga i charakterystyczny dla Baaby zabawowy jazz. Ale zabawowy w tym przypadku nie oznacza śmieszny, bo nawet najbardziej naiwne melodyjki są tutaj podane w sposób, który mógłby onieśmielić największych specjalistów od popowych przyśpiewek z list przebojów. Ta niesamowita wyobraźnia, z jaką Baaba podchodzi do muzycznej materii nie powinna dziwić – w końcu w nagraniach wzięli udział tacy wymiatacze jak Moretti, Zabrodzki, czy pomysłodawca całego przedsięwzięcia, Bartosz Weber. Gościnnie wsparła ich między innymi Gaba Kulka, z którą muzycy wcześniej pracowali nad… coverami Iron Maiden pod szyldem Baaba Kulka. Na “Disco Externo” nie znajdziemy jednak singalongów w stylu “Run To The Hills”, bo “ThingsImNot” z udziałem wokalistki, mimo że trochę retro, to jednak bardziej pasuje do Nowej Muzyki niż przeglądu kapel podwórkowych w Ciechocinku. Ale szkoda czasu na szukanie cytatów, bo zaraz trzeba puścić oko do Dody (świetny “Diamond Bitch”), poddać się urokowi słynnej na cały świat “The Great Theme” i stracić głowę przy energetyczno-psychodelicznym “Washer (Throbb)”. Spokojnie – odrośnie, choć w formie drzewa. Z baabskim rozumem.
GUANTANAMO PARTY PROGRAM – Guantanamo Party Program
W playliście ułożonej przez amerykańskich speców od łamania więźniów z bazy Guantanamo znalazły się – między innymi – utwory Cradle Of Filth i Deicide. Nie dodano ich z miłości do muzyki ekstremalnej, ale po to, by torturować podejrzanych o terroryzm. Jak zareagowaliby na twórczość polskiego Guantanamo Party Program? Pewnie nie najlepiej, bo dość jednostajny biały szum generowany przez zespoły Filtha i Bentona to małe piwo przy wahaniach nastrojów, w jakie obfituje debiut wrocławskiej formacji.
Guantanamo Party Program zaczyna się mniej więcej tam, gdzie u Isis najcięższe riffy przechodzą w melodyjne smucenie. Z jednym wyjątkiem: nawet kiedy wrocławianie odkrywają swoją wrażliwszą stronę, to robią to bardziej przekonująco niż Aaron Turner na swoich ostatnich płytach. Ten schizofreniczny, duszny klimat, który stanowił o wielkości “Oceanic”, i który muzycy Isis bez powodzenia próbowali później odtworzyć, tutaj daje o sobie znać już na wysokości debiutu. I choć odwołania nie kończą się tylko na tym zespole, nie mamy do czynienia z typową kalką zachodnich gwiazd post-metalu. Gdy pojawiają się transowe, plemienne wibracje doskonale znane z płyt Neurosis, to niemal od razu kontrastują je podobnie hipnotyzujące, lecz bardziej eteryczne melodie. Jest w tym coś z postrockowego songwritingu, ale na szczęście bez typowej dla tej stylistyki sztampy. Zabrakło jedynie konsekwencji – są momenty, kiedy riff czy melodia powinny się rozwinąć zamiast kończyć już w zalążku, a niektóre motywy ciągną się odrobinę za długo. Najprościej byłoby to zrzucić na karb screamo-grindcorowej przeszłości muzyków, ale takie utwory jak choćby ozdobiony niesamowitymi melodiami “Ja”, czy już na wstępie podbita brudnym, godfleshowym basem “Samotność” w pełni rekompensują te niedostatki. Tylko ostrożnie – jeżeli potrzebujecie muzyki na potańcówkę, poszukajcie gdzie indziej. Po imprezie przy dźwiękach Guantanamo Party Program kac może być wyjątkowo uciążliwy.
CHARLOTTE GAINSBOURG – IRM
Namiastka emocjonalnego ciężaru skandalizującego “Antychrysta” Von Triera przefiltrowana przez postmodernistyczny pop Becka i ironiczny seksualizm twórczości Serge’a Gainsbourga. Plus kobieca wrażliwość jego córki, która niesprawiedliwie w pojedynkę sygnuje cały projekt. Tak w skrócie prezentuje się najnowszy album Charlotte Gainsbourg.
Ciężar, bo przy pomocy “IRM” Charlotte próbuje pożegnać towarzyszące jej od 2007 roku demony, za sprawą których pukała już do nieba bram. Niesprawiedliwie, bo muzyka jest w większości dziełem Becka Hansena i jest to jego najlepszy materiał od ładnych paru lat. Aż w końcu Serge, bo wszystko wskazuje na to, że Charlotte pogodziła się z dziedzictwem swojego ojca i bez kompleksów śpiewa po francusku, nie zważając na oczekiwania i presję idącą w parze z nazwiskiem.
Tutaj nie ma rewolucji, bo “IRM” to przede wszystkim najwyższej klasy muzyczne reminescencje. Od przywodzącego na myśl “As Tears Go By” duetu Jagger/Richards “Time Of The Assassins”, przez mocno beatlesowski “Heaven Can Wait”, kojące, gainsbourgowskie “La Collectionneuse” oraz “Le Chat du Café des Artistes” (cover Jean-Pierre’a Ferlanda), aż po bujający (pamiętacie jeszcze Marka Bolana?) “Dandelion” i mechaniczny, kojarzący się motoryką ostatnich dokonań Bjork utwór tytułowy. Te wszystkie inspiracje zostały wrzucone do jednego garnka, zmiksowane i podane w wyjątkowo gustownym stylu. Owszem, wszystko rozgrywa się tutaj pod dyktando melancholii (“You can go there anytime that you like/And try to find hapiness from a gun”; “Leave my head demagnetized/Tell me where the trauma lies”), ale – choć może to zabrzmieć niewiarygodnie – każda piosenka pełna jest zmysłowości. I to właśnie ten rozdźwięk między autodestrukcyjną wymową tekstów i subtelnym pięknem ilustrującej je muzyki świadczy o klasie “IRM”. Klasie, której Charlotte mogłaby pozazdrościć niejedna śpiewająca aktorka o znanym nazwisku.
RACHID TAHA – Bonjour
Z majtkowego różu okładki wyłania się otoczony kiczowatą bollywoodzką aureolą Rachid Taha i przez zaciśnięte zęby mówi “bonjour”. Przyjmuję zaproszenie i wkładam płytę do odtwarzacza. Niemal 40 minut i dziesięć piosenek później, walcząc z dotkliwym bólem głowy, odpowiadam: “au revoir”.
Taha nie jest pierwszym lepszym francuskim pieśniarzem. To postać, z której jego rodzinna Algieria powinna być dumna w podobnym stopniu jak z pisarza Mohammeda Diba i piłkarza Zinedine Zidane’a. To między innymi dzięki jego albumom (“Diwan” i “Diwan 2″) Europa docenia piękno bliskowschodniej muzyki. Nie bał się głośno krzyczeć o niesprawiedliwościach, jakie dotykały arabskich imigrantów na Starym Kontynencie, zwracał uwagę na nietolerancję, ksenofobię i inne problemy współczesnego świata. Ponoć to nagrania jego grupy Carte de Séjour stały się inspiracją dla “Rock The Casbah” The Clash. Teraz, po prawie 30 latach kariery, postanowił zostać gwiazdą pop. Byłbym w stanie zaakceptować taką decyzję, gdyby towarzyszyła jej dobra muzyka. Tak niestety nie jest.
“Bonjour”, piętnasty krążek sygnowany nazwiskiem wokalisty, był nagrywany w Paryżu i Nowym Jorku. Rachida tym razem wspomogli m. in. Mark Plati (producent mający na koncie współpracę z Davidem Bowiem i The Cure), kompozytor Gaëtan Roussel (odpowiedzialny za przeboje Vanessy Paradis) i wokalista Bruno Maman. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda ładnie, ale ich wspólne dzieło najzwyczajniej w świecie męczy. Niepotrzebną i kiczowatą elektroniką, nachalnymi ozdobnikami i w końcu niedoborem dobrych piosenek. Brzmi to tak, jakby Taha nagle zapragnął podbić serca młodych emigrantów z przedmieść Paryża nie zdając sobie sprawy z tego, że ci bardziej od popu wolą agresywny rap. Jedynymi odbiorcami, których może przekonać jego nowa propozycja będą zapewne sprzedawcy warzyw na targu. Nie zrażą ich mocno przeterminowane beaty w “Mine Jai” i “Ila Liqa”, straganowy folklor “Selu” i “Mabrouk Aalik”, czy stylistyczny miszmasz utworu tytułowego, który przy okazji będą mogli puścić swoim dzieciom. Słowa “Hello Kitty bonjour!” raczej nie wymagają komentarza. Szkoda tego buntownika, który swoim chropowatym głosem nie bał się poruszać trudnych tematów, który bez problemów potrafił zachwycić zachodnią publiczność orientalnymi melodiami ozdobionymi rockowym pazurem, i który – przede wszystkim – nie próbował być kimś, kim tak naprawdę nie jest. Czekam z niecierpliwością na trzecią część “Diwan”. Bo nie mam wątpliwości, że taka płyta powstanie.
ECHOES OF YUL – Echoes Of Yul
Opolski duet Echoes Of Yul nie stanie na czele kolejnej rewolucji. Inspiracje muzyków są łatwe do namierzenia, a nazwami można żonglować w zasadzie bez końca, począwszy od Jesu i Pelican, skończywszy zaś na Swans. Ale cóż z tego, skoro debiutancki album formacji to aż 76 minut instrumentalnej muzyki z najwyższej półki, mogącej bez wstydu konkurować z zachodnimi tuzami?
Post-metal w wykonaniu Echoes Of Yul to nie tylko ciężkie, transowe riffy i mocna sekcja rytmiczna, ale również intrygująca elektronika, jakiej próżno szukać u większości uznanych zespołów zza Wielkiej Wody. Dzięki jej obecności to właśnie spokojniejsze, klimatyczne utwory, a nie wariacje na temat nieludzkich riffów Godflesh sprawiają, że muzyka duetu tak wciąga. Opolanie ograniczyli bowiem przewidywalne patenty, które z roku na rok coraz bardziej zaciskają pętlę na szyi post-metalu, stawiając na eksperymenty brzmieniowe luźno nawiązujące do artystów nagrywających dla wytwórni Mego. W rezultacie misternie sklecone kolaże dźwiękowe wypierają toporne gitary i transową sekcję rytmiczną, tworząc coś na kształt niezwykłej ścieżki dźwiękowej do filmu grozy. Nie jest to jeszcze mikstura idealna, bo tu i ówdzie pojawia się coś na kształt przysłowiowej łyżki dziegciu, przeszkadza też ponoć celowo niedopracowane brzmienie, ale debiutantom można to wybaczyć. Nadrabiają finezją i wyobraźnią, o co w dzisiejszych czasach coraz trudniej.
CONVERGE – Axe To Fall
Jeżeli wydany w 2006 roku album “No Heroes” zdzierał farbę ze ścian, to jego następca kruszy je w drobny mak. Converge po raz kolejny rozstawia młodych i gniewnych adeptów metalowo-hardcorowego rzemiosła po kątach.
Tutaj nie ma litości. Już pierwsze dźwięki otwierającego krążek basowo-perkusyjnego tornada zapowiadają, że mamy do czynienia z jednym z najbardziej intensywnych albumów 2009 roku. Nazwa Converge przez prawie dwie dekady działalności grupy stała się synonimem dźwiękowej kaskaderki na najwyższym poziomie. To wirtuozeria wymieszana z punkowym brudem, hardcorową ekspresją i ciężarem mogącym zawstydzić największych gigantów death metalu. Taki muzyczny kogel-mogel pozornie wydaje się niestrawny, ale przypadkowości tu jak na lekarstwo. Nawet mimo obecności aż 15 zaproszonych gości, w tym tak ważnych dla współczesnego metalu postaci, jak choćby Steve Von Till z Neurosis, czy Uffe Cederlund (eks-Entombed, Disfear). Talent producenta (w tej roli gitarzysta Kurt Ballou) sprawia, że nawet sąsiadujące ze sobą noisecorowe eskapady w “Effigy” i stutonowe buldożery w “Worms Will Feed” naturalnie się uzupełniają, a “Axe To Fall” nie przypomina kompilacji losowo posklejanych riffów. Na ukojenie rozedrganych nerwów Amerykanie zafundowali nam dwie niecodzienne kompozycje: przywodzący na myśl Toma Waitsa “Cruel Bloom” i zamykający całość neurosisowy “Wretched World”. Obie równie niesamowite i bezbłędne. Wpadki zostawmy innym. Converge to prawdziwa maestria dźwiękowej ekstremy.
BADDIES – Do The Job
Baddies grają tak, jak bracia Fratelli by chcieli, ale nie potrafią. Nie bez powodu przywołałem twórców “Chelsea Dagger” już na wstępie – takich kawałków na debiutanckim krążku pochodzącej z Southend formacji znajdziecie tuzin.
Mimo że Baddies to też rodzinne przedsięwzięcie (w zespole grają bliźniacy), to różnic między tymi dwoma grupami jest jednak więcej niż podobieństw. Po pierwsze, Baddies mają jaja. Grają z taką energią, jak Manic Street Preachers na wysokości “Generation Terrorists”. Po drugie, mają więcej niż jeden potencjalny przebój. Po trzecie… a zresztą, czy brak “the” w nazwie młodej brytyjskiej formacji nie jest wystarczającą rekomendacją? To nie przypadek, bo młodzieńcom w szarych uniformach zdecydowanie bliżej do Queens Of The Stone Age z okresu “Rated R”, niż do cotygodniowych, wykastrowanych wynalazków “NME”. W skrócie oznacza to punkową energię, rockandrollowe riffy, chwytliwe refreny i świetne piosenki. Bez napinki i silenia się na bycie alternatywnym za wszelką cenę. W przypadku Baddies takie podejście przynosi już pierwsze efekty i to bez nachalnej promocji i wsparcia dużej wytwórni. Kawał dobrej roboty.
TMK – Need The Needle
“Muzyka do nieistniejącego filmu” to marna klisza, lecz trudno o lepsze określenie dla nowego albumu włoskiego Textbook of Modern Karate (dawniej Thee Maldoror Kollective). “Need The Needle”, bo taki nosi tytuł, to jednak nie tylko dzieło o filmowym rozmachu, ale również wyjątkowo intrygująca podróż przez XX-wieczną muzykę alternatywną.
W przeciwieństwie do większości zespołów blackmetalowych, które poczuły się zniewolone w okowach leśnego brzmienia, muzycy TMK mogą się pochwalić wyjątkowo dobrym gustem. Wyrośli już z fascynacji zabarwionym przesterowanymi gitarami industrialem, kierując swoją uwagę w stronę bardziej wysublimowanych gatunków. Elektronika, noise rock, free jazz, muzyka klezmerska… Wyliczankę można by jeszcze długo ciągnąć, ale w tym przypadku ulubione przez krytyków szufladki są tylko z góry skazaną na niepowodzenie próbą ujęcia tego artystycznego chaosu w ramki. Podobnie jak gwiazdorski Fantomas zza Wielkiej Wody, dowodzony przez JD kolektyw perfekcyjnie żongluje pozornie niepasującymi do siebie motywami. Niestety, stylistyczna różnorodność tego albumu jest również jego wadą – nie każdy bowiem będzie w stanie śledzić te dźwiękowe wygibasy ze wzmożoną uwagą przez niemal godzinę. Nie powinno to sprawić trudności słuchaczom wychowanym na projektach Mike’a Pattona i Johna Zorna, do których przede wszystkim skierowany jest “Need The Needle”. Duszna atmosfera kina noir na pewno przemówi do zwolenników “Director’s Cut”, a świetne wykonanie zauroczy fanów bardziej przystępnych projektów z wytwórni Tzadik. Prymitywne kopiowanie mistrzów zostawmy tym mniej utalentowanym. TMK mają iskrę bożą i dość zdrowego rozsądku, by nie iść tą drogą. Co prawda muzyka to nie narkotyk, ale też potrafi uzależnić. Dawkujcie więc rozważnie.
COALESCE – Ox
W idealnym świecie Coalesce byliby tak popularni i szanowani jak Dillinger Escape Plan, a już na pewno tak jak Botch. W idealnym świecie nie pozwoliliby sobie też na tak nierówną płytę, jak “Ox”.
Historia tego amerykańskiego zespołu dowodzi, że odwaga i muzyczna wyobraźnia nie zawsze trafiają na podatny grunt. Może dlatego, że pochodzący z Kansas muzycy nie mieli tyle szczęścia co wspomniane wcześniej zespoły, a może dlatego, że z uporem maniaka trzymali się jak najdalej od mainstreamu. “Ox” to pierwszy album Coalesce od czasu wydanego w 1999 roku “0:12 Revolution In Just Listening”, który dopiero po kilku latach od premiery doczekał się należnego uznania ze strony krytyków. I jeżeli tamta płyta zaznajomiła hardcore’ową publiczność z southern rockową melodyką (Lynyrd Skynyrd w końcu przestaje być kojarzony z narąbanymi redneckami ryczącymi “Sweet Home Alabama”), to nowa pozbawiona jest rewolucyjnych zapędów. Na szczęście nie oznacza to, że mamy do czynienia z kolejnym przeciętnym krążkiem na styku hardcore’a z metalem, jakich dziesiątki ukazały się w ciągu ostatniej dekady.
Na “Ox” znalazło się miejsce zarówno dla energetycznych i nieobliczalnych petard w stylu Dillinger Escape Plan, jak i sludge metalu z wyraźną nutą południowego bluesa oraz odrobiny nienachlanej wirtuozerii. Dla starszych fanów formacji zaskoczeniem na pewno będą czyste partie wokalne i… na tym niestety koniec niespodzianek. Ten niedobór eksperymentów z nawiązką rekompensują mocne i chwytliwe riffy oraz miażdżąca niczym buldożer sekcja rytmiczna. Słabe punkty można policzyć na palcach jednej ręki, przy czym najbardziej przeszkadzają monotonne wokale. Nie brakuje też zbędnych wypełniaczy (m.in. “We Have Lost Our Will”, “There Is a World Hidden In The Ground”) – gdyby całość skrócić do dziesięciu utworów, na pewno miałaby większą siłę rażenia. “Ox” potwierdza jednak, że Coalesce po trwających aż dekadę wakacjach nie stracił nic na sile i bez dwóch zdań zalicza się do grona najciekawszych zespołów nagrywających dla wytwórni Relapse. Ten album może nie “chwycić” za pierwszym przesłuchaniem, ale jeżeli dacie mu szansę, na pewno zagości na dłużej w waszym odtwarzaczu. W końcu nie ma róży bez kolców.
WOLVES IN THE THRONE ROOM – Black Cascade
Dobry (czytaj: zły) black metal nie jest wyłączną domeną strojących groźne miny nastolatków. Mogą go też grać normalnie wyglądający muzycy, a całość da się zarejestrować na analogowym sprzęcie, którego czasy świetności przypadły na hipisowskie lato miłości. Absurd? W żadnym wypadku – amerykański kwartet Wolves In The Throne Room stanowi żywy dowód na to, że dokonania skandynawskiej sceny blackmetalowej, mimo upływu lat, nie straciły wiele na wartości.
“Black Cascade” przywodzi na myśl początki ubiegłej dekady, kiedy na północy Europy eksplodowała druga fala black metalu, a w muzyce ekstremalnej zagościły leśne klimaty i gniewne bzyczenie na jednej strunie. Wszystko to znamy już dobrze z płyt norweskich zespołów, ale Amerykanie mają coś, czego próżno obecnie szukać u weteranów z drugiej strony globu – finezję. Na dodatek nie udają, że postmetalowa rewolucja nie miała miejsca.
W czasach, gdy smutnym standardem stały się komputerowe efekty, Pro Tools i triggerowana perkusja, lampowy przester i “żywe” bębny są na wagę złota. “Black Cascade”, trzeci pełnometrażowy krążek Wolves In The Throne Room, został nagrany na archaicznej, dwucalowej taśmie w Seattle pod okiem Randalla Dunna (m.in. Sunn O))) i Earth) i, choć nie jest w stanie równać się z wyjątkowo udanym “Two Hunters”, nie można odmówić mu uroku. Zwłaszcza jeżeli chodzi o niepokojącą atmosferę, która jest zasługą oszczędnych, wręcz ascetycznych riffów. Nie znajdziemy tu ani wirtuozerskich solówek, ani barokowo rozdmuchanych klawiszy, ale wyobraźnia muzyków i urokliwe melodie rekompensują to z nawiązką. Na tyle, że gdyby taka płyta wyszła teraz spod ręki Gorgoroth, przeciwnicy Ghaala (a tych jest sporo) musieliby się przeprosić z jego mroczną, gejowską eminencją. Może się to wydać zabawne, ale Norwegowie powinni jak najszybciej wyciągnąć wnioski z lekcji, jaką udzielili im świeżo upieczeni absolwenci amerykańskich college’ów.
MONO – Hymn To The Immortal Wind
28-osobowa sekcja smyczkowa, kilkunastominutowe kompozycje i potężne brzmienie wykręcone przez Steve’a Albiniego mogą robić wrażenie, ale japoński kwartet Mono na swojej najnowszej płycie “Hymn To The Immortal Wind” jest już tylko cieniem zespołu, który osiem lat temu nagrał dla wytwórni Tzadik wyjątkowo udany album “Under The Pipal Tree”. Post-rock ma bowiem to do siebie, że szybko traci swój urok.
Japończycy od dłuższego czasu ignorują fakt, że ładne melodie nie są w stanie zrekompensować braku muzycznej wyobraźni. Kilka lat temu zapętlili się w wyjątkowo oklepanym w postrockowej działce schemacie “cicho-głośno-cicho-głośno” i jakoś nie widać, by miało się to szybko zmienić. Nie był im w stanie pomóc nawet Albini, a to już chyba coś znaczy.
“Hymn To The Immortal Wind” to album w równym stopniu pompatyczny, co pretensjonalny. I kompletnie pozbawiony elementu zaskoczenia. Kilkunastominutowe instrumentalne wariacje na temat “Echoes” Pink Floyd, nie odmawiając Japończykom umiejętności, znacznie lepiej wychodziły Mogwai czy Godspeed You Black Emperor! Mono, po dziewięciu latach działalności, już takiego wrażenia nie robi. Owszem, na “Hymn…” jest wszystkiego więcej i zostało to podane w ładnym opakowaniu, ale w obliczu kamieni milowych dla tego gatunku płyta sprawia wrażenie brzydkiego kaczątka bez perspektyw. Ulotne chwile, kiedy całość przytłacza niewyobrażalnym dla rockowego składu ciężarem i symfonicznym rozmachem, nijak mają się do faktu, że ta droga może w najbliższym czasie doprowadzić zespół do równie epickiej porażki. Z egzotycznej sensacji Mono zamieniło się w dość przeciętny zespół postrockowy dla tych, którzy nie poznali jeszcze Godspeed You Black Emperor! Szkoda tego zmarnowanego potencjału.
DISPEL THE CROWD – Declaration
Porównywanie polskich zespołów do zachodnich gwiazd zazwyczaj kończy się źle dla tych pierwszych. Na szczęście od każdej reguły są jakieś wyjątki. W tym przypadku należy do nich pochodząca z Żyrardowa grupa Dispel The Crowd, którą z czystym sumieniem można uznać za rodzimą odpowiedź na Hatebreed. Mocny miks nowoczesnego metalu z siłowym hardcorem w nowojorskim stylu może nie grzeszy oryginalnością, ale energia, z jaką został zagrany, wybija zęby.
Dispel The Crowd czerpie pełnymi garściami z dokonań Biohazard, Sick Of It All i Madball, nie zapominając jednak o kapelach stojących na straży metalcore’a ze slayerowskim zacięciem. Tutaj nie ma miejsca na wesołe melodie rodem z Göteborga. W zamian otrzymujemy kipiącą od energii muzyczną petardę, której nie powstydziłaby się w okresie swojego prosperity wytwórnia Lifeforce Records. Materiał został nagrany w stołecznym studiu Serakos, a za jego brzmienie odpowiada sprawdzony tandem Marta i Robert Szredniccy (m.in. Riverside), więc pod tym względem też nie ma się czego przyczepić. Nie oznacza to jednak, że debiut Dispel The Crowd jest bez wad. Największym jego mankamentem jest schematyczność – kawałki zostały napisane w zasadzie przy wykorzystaniu kilku szablonów i oklepanych rozwiązań charakterystycznych dla takiego grania. Można też mieć zastrzeżenia do monotonnego wokalu, jednak biorąc pod uwagę fakt, że całość trwa zaledwie dwadzieścia kilka minut, spokojnie można przymknąć oko na te niedociągnięcia. Poza tym “Declaration” to dopiero debiut, a takiego startu niejeden zachodni zespół mógłby sobie życzyć.
THE MATTHEW HERBERT BIG BAND – There’s Me And There’s You
Jakie czasy, tacy buntownicy. Dźwiękowy wywrotowiec Matthew Herbert po raz kolejny pokazuje, że nie trzeba grać punk rocka ani zaangażowanego hip-hopu, by dosadnie mówić o problemach współczesnego świata. “There’s Me And There’s You” to swingujący, lecz nie pozbawiony szczypty ironii manifest na miarę naszych czasów.
“Nie wierzę, że moje piosenki mogą obalić rząd, ale czemu nie próbować? Muzyka zostaje w głowie dłużej niż newsy z gazety” – powiedział Herbert w jednym z wywiadów. Tak, mamy do czynienia z płytą protestu. Antywojenną, krytykującą konsumpcyjne podejście do życia i pędzący na złamanie karku świat. Duża w tym zasługa jak zwykle intrygujących nagrań plenerowych Herberta, który wykorzystał tym razem dźwięki inkubatora, w którym przez dwa miesiące walczył o życie jego syn, słowo “Yes” wypowiedziane przez setkę osób (w tym byłego premiera Wielkiej Brytanii Johna Majora), odgłosy strzałów w Strefie Gazy, dźwięk rozpylanych w hallu głównym British Museum perfum sygnowanych przez Britney Spears, czy stu osób pocierających prezerwatywami o podłogę tej zacnej instytucji. Od strony muzycznej jest jednak mniej eksperymentalnie. Złoty medal na pewno należy się pochodzącej z Zimbabwe wokalistce Esce Mtungwazi, która ma na swoim koncie współpracę m.in. z The Cinematic Orchestra czy Davidem Sylvianem. W przeciwieństwie do swojej poprzedniczki, Dani Sicilliano, Mtungwazi potrafi nadać “pazura” momentami niebezpiecznie zbliżającym się do szufladki z napisem “easy listening” kompozycjom. No właśnie – nagrane w legendarnych Abbey Road Studios rewelacyjne partie big bandu sprawiły, że brzmieniowe wyskoki Herberta odsunęły się na dalszy plan, a całość w przeciwieństwie do większości jego poprzednich albumów nie jest już tak wymagająca w odbiorze. Czy to grzech? W żadnym wypadku, choć może kosztować artystę utratę części spragnionego radykalnych rozwiązań audytorium. Tych, którzy potrafią z przymrużeniem oka potraktować uroczą retro stylistykę, czeka prawie 60 minut świetnej muzyki.


Cześć, jak możemy skontaktować się z autorem bloga?
“fvkker” na gmail.com